środa, 25 kwietnia 2012

Kupa mięci


Mijają kolejne dni. Błysk jarzeniówki budzi mnie i oślepia. Codziennie o 5.30. Przymrużam oczy i wystawiam rękę na spotkanie ze strzykawką.
- Proszę zacisnąć pięść. Proszę rozluźnić. Już po wszystkim. Nie bolało, prawda?
- Nie. / Trochę. / Ała.

Faza REM została brutalnie przerwana, siłą woli próbuje sobie przypomnieć o czym śniłam, gdzie byłam i tam wrócić. Nie udaje się. Jeszcze nigdy się nie udało, ale zawsze próbuje. Podobno śpię z półotwartymi oczami. Tak się tylko zdaje wam, ja po prostu obserwuje otoczenie, czuwam. I potrafię tak całą noc. Czasem bardzo intensywnie się rozglądam. Do tego lubię spać w pozycji na baczność. Kiedyś moje współlokatorki ze studiów wykorzystały to i kiedy spałam w pozycji na wznak z półotwartymi oczami i dłońmi splecionymi na brzuchu, wsadziły mi różę w dłonie, wzięły aparat i zrobiły mi portret trumienny. Ładny ze mnie trup.

No nic, sen nie wróci. Sanitariuszka obija się mopem między łóżkami, pośpiesznie doprowadza salę do porządku. Słyszę rytmiczny dźwięk czegoś, co przypomina mi śpiew nawołującego ptaka albo żaby w godach. To komputerek, znaczy się takie coś, co pan obok, w izolatce, ma podłączone, żeby sprawdzać jego puls, ciśnienie krwi i coś tam jeszcze. Niby zwykłe „tit - tit - tit” a mnie zdaje się, kiedy się budzę, że jestem w Chorwacji. Takie dźwięki tam często słyszałam i nigdy nie wiedziałam, co to. Pewnie teraz, kiedy pojadę na wakacje do Chorwacji i usłyszę tego żabo-ptaka to pomyślę, że jestem w szpitalu. Pan z izolatki pewnie już dostaje szału od tego dźwięku. To taki Pan w średnim wieku, marudzi i dużo przeklina, jest przekonany, że lekarze go tu ściągnęli, żeby pobrać mu potajemnie organy.

Gardło nadal mnie boli. Szalik nie pomógł. Do tego od kilku dni mój organizm nie potrafi usunąć zbędnych produktów przemiany materii, nie startowałam więc w zawodach rzutu brązem o porcelanę. Brzuch boli. Przychodzi doktor, na szczęście inny niż ten, który stwierdził, że powodem mojego bólu gardła jest ciasno zawiązany szalik. Skarżę mu się. Pokazuję jamę gębową, lekarz stwierdza- grzybica gardła. To od osłabionej odporności, gardło nie broni się przed patogenami z zewnątrz a one prawdopodobnie przybyły z otwartego dwa dni temu okna. Okazało się, że nie tylko po to, aby się nie przeziębić nie wolno nam otwierać okien w czasie chemioterapii. Skąd miałam wiedzieć. Dostałam płukankę do gardła o smaku fuj i syropek na przesunięcie zbędnych produktów przemiany materii w stronę światła.

Dzień następny. Powtarza się scenariusz pobudki z błyskiem jarzeniówki i ukuciem strzykawki. Brakuje jednak czegoś: nie obudziłam się z przeświadczeniem, że jestem w Chorwacji. Zagaduję pielęgniarkę:
- Nie słyszę dźwięku komputerka. Czy ten pan obok… Czy komputerek jest wyłączony?
- …
- Ten pan umarł?
- No niestety tak.
Zmroziło mnie. Trochę trwało zanim wróciłam do siebie, choć nie wyszłam zbyt daleko.

Kilka godzin później zdarzyło się jednak coś, czego długo oczekiwałam i bardzo pragnęłam…
Poranny obchód:
- I jak tam u pani?
- Zrobiłam kupkę!
- …
No to zabłysnęłam. Lekarze nie podzielali mojego entuzjazmu a ja z taką radością podzieliłam się z nimi moim sukcesem. Żadnych gratulacji a mnie duma rozpiera. Chyba nie rozumieją, co to znaczy nie móc od tygodnia wykorzystać swojego potencjału fizjologicznego. Przynajmniej Anka się roześmiała.

Ósmy dzień pobytu w szpitalu dobiegł końca. Tak spędziłam Święta Wielkanocne. Wracam do domu, może bazie w wazonie jeszcze nie zgniły, może zostało trochę kołacza? 

poniedziałek, 19 marca 2012

Gorący weekend z Hansem

Weekend. A. pojechała na przepustkę, spędzę go więc sama. Jakoś tak za cicho tu jest. Drzwi na salę zamknięte, kroplówka schodzi tak strasznie wolno. Spadające krople czasem jakby nie mogły się zdecydować, czy skoczyć. Smętne samobójstwa w pakiecie z naliczaniem sekundowym. Mdli mnie. Za oknem opadłe z sił Słońce ledwo przeciska się przez gęste żaluzje i spada na podłogę. Leżę, nade mną stoi Hans i trzyma worek pełen samobójców. Do tej pory Hans był zwykłym stojakiem na kroplówki, ale od chwili przeczytania książki Kamila Durczoka „Wygraj życie” stojak stał się mężczyzną. Chudym i zimnym,  za to wiernym i co najważniejsze w tych okolicznościach- mobilnym. Był pierwszym mężczyzną, który towarzyszył mi podczas spacerów na porcelanowy tron. Na początku trochę się krępowałam, ale on był na tyle kulturalny, że nie patrzał. Dopingował mi za to z zawodach w rzucie brązem o porcelanę. Jest naprawdę kochany.

Na sali duchota, choć jestem tu sama. To wszystko przez to Słońce. Leży na podłodze i próbuje wstać podpierając się na ścianach. Robi to bardzo wolno, widać ile kosztuje go to wysiłku a co za tym idzie- zwiększa się jego zapotrzebowanie na tlen. Paradoksalnie- ono się sili ale pocę się ja. Korci mnie, żeby uchylić okno, ale oczami wyobraźni- gdziekolwiek one są i o ile są otwarte- widzę grożący palec lekarza. Nie wolno pani, nie wolno.

Ciepło mi. W miejscu, gdzie niedawno udawałam, że mam pachwiny poszerzają się widnokręgi. Poziom słonych wód powoli sięga mi łokci. Nie utopię się, płytkie to wody, ale leżenie mokrej w łóżku nie należy do przyjemności. Podjęłam decyzję- otwieram okno. A ty nie kiwaj tak tym palcem. Hans odprowadza mnie do okna, jeden ruch wolną od wenflonu ręką i gotowe. Powietrze wcale nie takie zimne jak na początek kwietnia- czuje się usprawiedliwiona sama przed sobą, przecież się nie przeziębię. Choć bezwietrznie- niech się wietrzy. Doszedł do mnie zapach spalin. Zniosę.

Czekam na siostrę. Ma przyjechać mi z bielizną i kilkoma rzeczami do podjadania w przerwie między skokami samobójców. Już niedziela a ja nie mam do kogo otworzyć ust, żeby chociaż powiedzieć, że nie chce mi się gadać. Jestem tu dopiero kilka dni a już tęsknię za rodziną. Nie płakałam na zielonej szkolę wiec i tu nie będę. O, dzwoni siostra, czeka pod drzwiami oddziału, nie mogę do niej wyjść ani ona do mnie, ale chociaż wyglądnę na korytarz. Może ją zobaczę, kiedy pielęgniarka będzie brała od niej pakunek dla mnie. Wystawiam głowę, przez uchylone drzwi widzę twarz Anetki, mamy 3 sekundy na przywitanie się uśmiechem. Drzwi się zamykają. Pielęgniarka moją paczkę ratunkową zostawia w korytarzu na stoliku, nad którym wisi lampa antybakteryjna. Moja piżamka i herbatniki teraz się naświetlają. To trochę trwa, więc pielęgniarka wraca na ten czas do swoich obowiązków. Wychodzę zatem na korytarz i sunę w kierunku drzwi, widzę tam bowiem moją lubą. Jesteśmy pół metra od siebie, tyle, że po dwóch stronach półprzeźroczystych drzwi. Nie widzę jej wyraźnie, ale uśmiecha się. Uśmiechamy się obie ale łuki naszych ust powoli zaczynają się napinać i wyginać w druga stronę. Stoimy przed sobą, prawie na baczność i płaczemy. Przykładamy dłonie do drzwi jak w hollywoodzkich filmach, gdzie więzień dotyka przez szybę dłoń swej kobiety. Obie parskamy śmiechem na nasz hollywoodzki gest. Żegnamy się mrugając do siebie i poruszając ustami w niemym „pa pa pa”. Napięcie zeszło. Na pięcie w tył zwrot.

Wracam na salę, zamykam okno. Pielęgniarka za chwilę przyjdzie z naświetlonym już zestawem ratunkowym dla mnie, nie chcę więc, żeby przyłapała mnie na wietrzeniu moich czterech liter. Sali- rzecz jasna. 
Słońce ustąpiło już miejsce jarzeniówkom a ja zaczynam czuć ból gardła. Wiąże więc szalik na szyi. Wiedziałam w reklamie rutinoskorbinu, że tak się robi, jak boli gardło. Tylko nie miałam koło siebie mamy trojaczków, która mogłaby mi powiedzieć, że na przeziębienie zawsze podaje swoim dzieciom rutinoskorbin, tak jak robiła to jej mama i babcia. Muszę w końcu wyłączyć ten telewizor.

Wieczorny obchód.
Lekarz: Dobry wieczór, coś się dzieję?
Ja: Tak, boli mnie gardło.
Lekarz: To może od szalika?
Ja: No właśnie po to go sobie zawiązałam, żeby je ogrzać, bo boli.
Lekarz: To może za ciasno go Pani zawiązała stąd ból?

Kurtyna w dół.

środa, 29 lutego 2012

Trepanotrauma

Czas na trepanobiopsję- z tego co zrozumiałam, to pobranie kawałka kości i szpiku z talerza biodrowego.
- A to boli?
- Nie.

Kładę się na kozetkę, rozbieram pupę z majtek, ale rozstępy zostawiam.  Nie boję się, bo ponoć tylko znieczulenie boli.
- A bardzo?
- Nie, coś jak ugryzienie osy. No może szerszenia.

Dowiedziałam się, że znieczulenie nie było takie straszne, kiedy przyszło do zabiegu. Krzyk i lament nie zniechęciły chirurga do zaprzestanie dłubania mi w kości. Pielęgniarki trzymały mnie za ramiona aby unieruchomić moje uciekające z kozetki ciało. Wymsknęły mi się nawet jakieś pół przekleństwa. Zdążyłam się zreflektować przed drugą połową. Wyszła mi z tego staropolska historia o kogutach.

Oszukano mnie. Miało nie boleć.  Wyszłam obrażona a w wyniku stresu pourazowego jeszcze przez godzinę nie mogłam się pozbierać. Wolę wiedzieć, że będzie boleć, wolę się bać przed zabiegiem niż w jego trakcie myśleć, że coś idzie nie tak, skoro miało nie boleć a boli jak skurczybyk. Całe życie przeleciało mi przed oczami… Czy zdążę pożegnać się z rodziną? Czy zdążę przyznać się mamie, że to ja zjadłam całą nutelle?

Kawałek mojego kośćca pojechał do laboratorium, szkiełko i oko sprawdzi, czy jest w nim złośnica. Nie ma. Ufć. Mogę spać spokojnie.

Spać… Spać... Spać...

Myśl o tym, że jestem po pierwszej chemii przypominała mi o wróżbie, jaką przepowiedział mi doktor: Po pierwszej chemii mogą mi wypaść włosy. Niestety nie było nic o miłości. Tylko, co znaczy „po pierwszej chemii”? Już jestem po pierwszej, bo minął pierwszy dzień? Nie było więc mowy o spaniu, całą noc skubałam się po głowie sprawdzając, czy nadszedł czas żegnania się z owłosieniem czaszkowo- skroniowym. Kur zapiał a czas pożegnania nie nadszedł. Sen też nie. 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Półeczka, kolonie i pachwiny.

Moja pierwsza chemia. Przeżywam to jak pierwszą komunię. Skarbczyk zresztą też wzięłam. Jestem na oddziale hematologii i transplantacji szpiku w Katowicach. Oddział zamknięty, 8 dni bez bliskich- niby nie dużo, ale akurat w tym momencie chciałbym mieć dostęp do znajomych mi uśmiechów. Całuję rodziców, unikam czułych, ciepłych spojrzeń, żeby się nie rozpuścić jak czekolada i nie rozpłynąć w ramionach mamy. Drzwi się za mną zamykają, pielęgniarki prowadzą mnie na salę. Idę korytarzem i widzę kilka bezwłosych głów, może nie wypada się przyglądać, ale jestem ciekawa, jak będę wyglądać. Dwójeczka, moje łóżko, moja półeczka, obok nowa koleżanka, jej łóżko, jej półeczka i okno z widokiem na czarne od starości żaluzję zamknięte między szybami. Ja- to mój pierwszy raz, Ona- czwarta wznowa. Leży chłonniak i białaczka na dwóch łóżkach na kółkach, zaczynamy poznawać ich nosicieli. Klimat spotkania powoli przeradza się w kolonijną przygodę. Nigdy nie byłam na koloniach, ale podobno to przygoda.  A. miała trzydzieści parę lat, prześliczna, przemiła, przestraszona. Pierwszy spędzony z nią dzień był dla mnie prawdziwą lekcją pokory, to był dzień, kiedy zaczęłam się modlić. Ze strachu, z wdzięczności, z litanią próśb. Rozmawiałyśmy o marzeniach, strachu, rodzinie, przemijaniu, Bogu, miłości… czyli o rzeczach o których zazwyczaj nie rozmawiamy z osobą, którą dopiero poznaliśmy, no chyba, że z kufla wylewa się piwo więc wylewamy się i my.

Przychodzi młody lekarz- za nadto przystojny, jak na moją tutaj nieurodziwość. Siadam na łóżku udając, że zawsze mam taki szczupły brzuch i wcale nie wciągam. Próbuje jeszcze podratować fryzurę udając, że się drapię. Opowiadam Panu jak to stało, że się stało. - Proszę zrobić AAAAA- powiedział Pan Przystojny. Pokazałam mu więc stalaktyty i stalagmity śliny. Pan każe ściągnąć bluzkę… Słucham?! Nawet nie wie, czym się interesuję i jakie lubię kwiaty a tu taka zuchwałość! Gdybym chociaż miała biustonosz… Ok, przegląd klatki piersiowej zakończony. Najgorsze za mną. Hola hola!- zdawał się krzyczeć Pan Przystojny- proszę mi pokazać jeszcze pachwiny. Pachwiny?! Udaje, że nie wiem, co to. Podnoszę ręce do góry, w końcu pachy, pachwiny, brzmi podobnie, udam głupią. Sztuczka się nie udała, musiałam ściągnąć spodnie. Zanim to zrobiłam udawałam, że zaplątał mi się sznurek w spodniach z piżamy, próbuje go odwiązać i bardzo długo to trwa… W tym czasie nerwowo starałam się sobie przypomnieć, jakie mam na sobie majtki?! Wszelkie starania przypomnienia sobie tego szczegółu- choć nie uratowałoby mnie- nie powiodły się. Spodnie w dół… Niech to szlak! Czerwone, ponaciągane, poprute, wyblakłe! Te, które kupiłam sobie na maturę, na szczęście, te, które zawsze zakładam, kiedy potrzebuje wsparcia. Dość często go potrzebowałam, więc bawełniany amulet się zniszczył. Od razu przypomniałam sobie mądrość mojej siostry- „Zawsze noś ładną bieliznę, nie znasz bowiem dnia ani godziny…”.

No cóż. Na maturze amulet też nie przyniósł mi szczęścia.

sobota, 21 stycznia 2012

Usty egzamin zdany

Wracam do domu z nowymi wieściami. Będzie chemia, dużo chemii. Już powoli jestem w stanie bez zająknięcie powiedzieć- mam raka. Ćwiczyłam przed lustrem. Całkiem nieźle mi szło, nawet się uśmiechałam i wymyśliłam, co od razu po tym mówić, żeby nie sprowokować niezręcznej ciszy, w której ktoś się będzie musiał odnaleźć i zareagować, nie wiedząc jak. Muszę przejąć dowodzenie. Przećwiczyłam na znajomych, dziadkach, wujkach, przyjaciołach. Tak, całkiem nieźle mi szło.

Z nowymi umiejętnościami komunikacyjnymi pojechałam na uczelnie, musiałam załatwić Indywidualną Organizację Studiów, zebrać podpisy wykładowców. Długo tu nie wrócę, więc muszę się sprężyć. Wystroiłam się jak na bal. Gdy źle się czuję, barwniej się ubieram i staranniej maluję- to jak wyglądam wpływa na to, jak się czuję, więc zawsze dbam o tę sferę komfortu. A im lepiej wyglądam, tym jestem mniej przekonująca, że jestem ciężko chora. I dobrze.

Na uczelnie zawiozła mnie mama, bo byłam już zbyt słaba, żeby jechać sama samochodem o autobusie już nie wspomnę. Kaszel tak mnie męczył, że miałam zakwasy na brzuchu, był tak intensywny, że nie dążyłam z czerpaniem tchu. Mamę zostawiłam na holu uczelni chcąc sama wszystko załatwić. Dziwnie się czułam po trzymiesięcznej tu nieobecności. Czułam niepokój przed spotkaniem tylu znajomych mi ludzi- był to dla mnie egzamin z moich nowych umiejętności komunikacyjnych a ja zawsze egzaminów się boję.

Poszło mi zręcznie, nie było niezręcznie, duch zdał egzamin z pogody.

Zaliczenie schodów na poddasze, gdzie dyżurowali wykładowcy było dla mnie sportem ekstremalnym, byłam jednak dzielna i starałam się tylko jedną ręką podciągać na poręczy. Na poddaszu 5 min odpoczynku. Jednak na myśl o kolejnych „egzaminach” serce dobijało do żeber. Pierwszy, drugi, trzeci gabinet, egzamin z „to tylko rak” zdany. Czułam jednak, że zanosi się na kolejny atak kaszlu, już mnie ściskało w klatce piersiowej, szukam łazienki. Kaszlę 5 minut zalana potem, brak mi tchu, wymiotuje, jakaś pani pyta, czy potrzebuje pomocy. Moje siły na dziś zostały wyczerpane, wracam do domu. Ekipa przyjaciół z uczelni załatwiła za mnie resztę spraw. Mogę odetchnąć.

czwartek, 12 stycznia 2012

Hip hip? Hura!

Kolejna biopsja- tym razem z Zabrzu. Minęły dwa tygodnie od próby pobrania materiału do badania histopatologicznego. W tym czasie podrażniony węzeł chłonny nadobojczykowy powiększył się dwukrotnie i teraz już nawet ja mogłam go wyczuć, mimo, że nie miałam wcześniej takich zdolności. Dopiero co ładnie mi się zrosła blizna, dekolt ozdobił się w ładną dziarę a już trzeba ją na nowo potraktować skalpelem! Byłam oburzona, ale kiedy chirurg powiedział, że mogą mi zrobić dziarę gdzieś indziej to uznałam, że jednak jedna mi na razie wystarczy. Druga biopsja wyglądała podobnie do wcześniejszej, tyle, że bardziej bolało i na moje błagania o większą dawkę znieczulenia, panie pielęgniarki były odporne. Nawet płacz nie pomógł a cóż więcej mogłam zrobić? Panie twierdziły, że i tak już mam końską dawkę i mam nie stękać. Czy ta pani zraniła moje uczucia? Jestem wielka i niechuda, ale wystarczy mnie dotknąć mocniej palcem w ramię i czuję, jak miota mną rozdzierający ból! No może trochę przesadziłam. Ale mogła mnie pani chociaż poklepać po rączce albo główce i na pewno by mi trochę przeszło. I dlaczego nikt nie dmuchał, kiedy mnie bolało?! Nie mam prawa do niefarmakologicznego znieczulenia?

Czas na odpoczynek w łóżeczku. I wielki niepokój co będzie- Białaczka, Chłonniak Nieziarniczy a może Ziarniczy? Dni lecą a ja dalej nic nie wiem. Nie mają jeszcze wyników czy może zapomnieli mnie o nich poinformować? Taki drobiazg.

Wieczorny obchód. Doktor pyta: - A u Pani jak? – W sumie spoko. A wiadomo już coś z…? –Tak, tak, to ziarnica. Do widzenia i miłego wieczoru.

To się nazywa profesjonalne podejście do pacjenta. A ja tu oczekiwałam jakiś gratulacji albo chociaż laurkę…

Niemniej- Gdyby można było skakać w pozycji leżącej na pewno bym to zrobiła! Od razu zadzwoniłam do rodziny z tą cudną wiadomością: To jednak Ziarnica Złośliwa! Czyż to nie wspaniałe! Farciara.

środa, 11 stycznia 2012

Idzie rak nieborak, jak uszczypnie będzie znak.

Czas na biopsję jednego z powiększonych węzłów chłonnych (było ich więcej) w Jastrzębiu-Zdroju. Trzeba było zobaczyć, co we mnie siedzi. Wchodzę do szpitala, doktorka prosi mnie do gabinetu.

Ona: Czy Pani wie, dlaczego tu Pani jest? Bo zdaje się, że nie zdaje sobie Pani sprawy z powagi sytuacji.
Ja: Nooo żeby zobaczyć, co to jest „to” w środku.
Ona: Nikt Pani nie powiedział, że jest Pani najprawdopodobniej chora na nowotwór złośliwy? Wszystkie wyniki badań na to wskazują. To może być białaczka albo chłonniak- ziarniczy lub nieziarniczy. Polecam Pani ten ziarniczy- najlepsze z tych trzech pozycji rokowania.

Zadałam kilka pytań, niewzruszona jak Ona. Dowiedziałam się przy okazji, że nowotwór nie jest synonimem raka. Ale w mojej głowie już utarł się ten błędny schemat, więc będę traktować te nazwy zamiennie.  Pani mówiła coś potem do mnie, ale już nie słuchałam. Patrzałam jej w oczy i kiwałam głową jak plastikowy piesek na samochodowym podszybiu. Całą uwagę musiałam poświęcić temu, żeby nie płakać, więc nie pozostało nic na słuchanie. Wyszłam z gabinetu i jedyne, co pamiętałam z rozmowy  to to, że mam raka. Nerwowo szukałam łazienki, żeby do umywalki wylać wodę spod powiek. Robię kilka kroków w jedną stronę, kilka w drugich, pośpiesznie szukam jakiegoś choćby zaułka. Nie znałam tego miejsca, ktoś mi wskazuje, że „rejestracja jest tam”. Ale nie byłam w stanie otworzyć ust, żeby wytłumaczyć, że szukam łazienki. Gardło miałam ściśnięte i słowo by się przez nie nie przecisnęło. Łazienki nie znalazłam. Pozostało mi więc jedynie spięcie się i nie płakanie.

Jestem już na sali. Witam się z uśmiechem, kładę się do łóżka. Na szczęście było w rogu, bokiem do wszystkim więc mogłam się ukryć. Spięcie mi zeszło i nie płakałam. Wiedziałam, że za chwile przyjdzie tu mama i będę musiała jej powiedzieć, że mam raka. Myślałam wiec tylko o tym, jak to mam zrobić. I żeby przy tym nie płakać. Mama przyszła, powiedziałam jej, że chyba mam nowotwór i że to będzie jeszcze zbadane. Opowiadałam o tym jak o przeziębieniu, z pobłażliwością, no i powiedziałam „chyba”, bo sama jeszcze do końca nie wierzyłam, że jestem chora. Żeby nie dać sobie ani mamie czasu na smutek i rozpacz cały czas gadałam, gadałam i gadałam robiąc z nowotworu  nieznaczący, poboczny wątek. Mamie wymalowały się oczy na czerwono. Ja już sama siebie przekonałam, że to prawie jak grypa więc po co oczy malować. Boję się płakać a jeszcze bardziej ciężko mi znieść czyiś płacz jeśli spowodowany jest moją sytuacją. Czuje się wtedy winna.

Biopsja. Ponad godzina w sali operacyjnej (miał być tylko kwadrans), choć zabolało tylko znieczulenie, płakałam cały zabieg- tak na wszelki wypadek, żeby widzieli, że cierpię i że mają się pośpieszyć. No i wiadomość- „Niestety, nie potrafimy pobrać tkanki do badania histopatologicznego. Przykro nam, ale tak się zdarza. Zaszyjemy. Trzeba będzie powtórzyć.” Pielęgniarki przeniosły mnie na łóżko, bo sama nie byłam w stanie opadnięta z sił i obolała. Bolało potem jak skurczybyk a co najgorsze- zabieg się nie powiódł i czeka mnie drugi. No więc już miałam powód żeby płakać! No tylko nie widziałam kiedy skończyć, więc uznałam, że będę płakać aż zasnę, a było dopiero południe. Około 21.00 zasnęłam.

I kolejna obserwacja- rak brzmi jeszcze gorzej niż guz.

wtorek, 10 stycznia 2012

Guzy i guziczki

Prawie rok temu zdiagnozowano u mnie Złośnice. Do tej pory uważałam się za grzeczną i łagodną kobitkę. A teraz taki cios- lekarze stwierdzili, że wiedzą lepiej, jaka jestem. Choć nie są amerykańskimi naukowcami- uwierzyłam.

Już dawno chciałam pisać bloga, kiedy zachorowałam tyle się działo. Wciąż odwlekałam moment założenie bloga, bo myślałam, że przejdę tą chorobę jak grypę i nawet się nie zorientuję, kiedy to wszystko minęło, że znajomi nawet nie zdążą zauważyć, że mnie na uczelni nie było, że nie opłaca się pisać o chorobie, bo zanim zdążę sklecić porządnie zdanie- wyzdrowieje.  Wygląda jednak na to, że choróbsko nie przeminęło z wiatrem i dostałam jednak czas i szansę na sklecenie zdania. Cóż za hojność losu!

Ziarnica Złośliwa- Jak to wszystko wyszło? Na to pytanie znam odpowiedz, ale gdyby spytać  mnie jak to wszystko WESZŁO, obniżono by mi ocenę za zbyt długie zastanawianie się. O czymś takim jak Chłonniak nigdy nie słyszałam, węzły chłonne to wiedziałam, że mam, ale gdzie dokładnie…?  Kilka miesięcy przed zdiagnozowaniem choroby chodziłam po lekarzach rodzinnych- po jednym, drugim, trzecim, diagnoza była jedna- „przecież jest ZIMA- wszyscy kaszlą!” Dobrze,  wiem co to ZIMA, to chyba nic groźnego. Jednak moja upierdliwość (wg lekarzy hipochondria)  skutkowała tym,  że zdiagnozowano mi nie tylko zimę i hipochondrię, ale również NIC PANI NIE JEST. Byłam więc spławiana rutinoskorbinem, na częste gorączki paracetamolem, na swędzenie skóry (alergolog nie wykrył uczuleń) dostałam jakiś psychotrop- bo drapać się szpilkami do krwi to na pewno na podłożu nerwowym- nie inaczej, schudłam do 59kg (normalnie ważę ok 66) ale koleżanki chwaliły, więc myślałam, że sama sobie wypracowałam bo kilka razy byłam na basenie i czasem wypiłam czerwoną herbatę…  No jeszcze poduszka rano mokra, no ale myślałam, że mi się w nocy za gorąco zrobiło- raz drugi, dwudziesty- i że widocznie tak twardo śpię, że się nie budzę od tego gorąca. No ale jak sprawa nabrała tempa- nie umiałam już mówić z powodu kaszlu, dusiłam się, po schodach wejść nie umiałam- to już było wiadomo, że to… ASTMA!  Nikt mi nie zrobił podstawowego badania krwi, RTG płuc… Jedyne badanie jakie miałam to „bluzkę zdejmij- bluzkę załóż”. Acha i jeszcze „zrób AAAA”. Już nie wiedziałam, czy ja zgłupłam, czy zgłupli lekarze.  Mama poleciła iść do jeszcze jednej Pani Doktor (z dużych liter, bo z szacunkiem), kazała zrobić badanie krwi i RTG płuc. Oddałam krew, poszłam prześwietlić klatę. Wracam z negatywem w ręku, widzę, że gdzieś między płucami takie wielkie coś, wielkie jak serce! No więc, to pewnie serce. Dziwne, że widać je na RTG, no ale cóż innego mogłoby to być.

I zaczęło się- Pani Doktor po obejrzeniu RTG i wyników krwi (białych ciałek kilkakrotnie więcej, niż być powinno) i długim milczeniu oznajmiła, że to może być Ziarnica (z dużej litery, choć bez szacunku) . Myślę- Ziarnica, brzmi błaho, jak grzybica. Pani Doktor wykonuje telefon i załatwia mi natychmiastową tomografię. Okazało się, że moje „serce” to guz o wielkości 10 na 8 cm. Nie wierzyłam, że to może być coś groźnego, ale tak na wszelki wypadek się popłakałam.  W domu powiedziałam, że to powiększony węzeł chłonny- poniekąd prawda, ale póki jeszcze nie wiem, co to jest – niech to będzie powiększony węzeł chłonny. Guz źle brzmi. Nie nadaje się do wypowiedzenia. A już na pewno nie przed obiadem z rodziną. Ani po.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Mój pierwszy raz.

No tak. Założyłam bloga chyba 2 tygodnie temu a dopiero dziś piszę pierwszy post. Powód banalny- nie wiedziałam od czego zacząć. Uznałam jednak, że jak nie napiszę chociaż jednego zdania, choćby miało być bez sensu, to nigdy nic nie napiszę. Dziś więc w ramach stawiania pierwszego kroku, napiszę kilka słów bez sensu.

Dziękuje, to wszystko.