wtorek, 2 kwietnia 2013

Remisja & Misja


Ciemno, zimno, leje jak z cebra, nie mam autobusu a wilgotny mrok raczej nie zachęci żadnego kierowcy, żeby zatrzymał się na znak mojego uniesionego w górę kciuka. Nawet mój słodki, mający wzbudzić opiekuńcze instynkty uśmiech, nie zdziała przy takiej pogodzie cudów. Rezygnuję z planu darmowego przejazdu. – Mamuś, zawieziesz mnie?

Jedziemy do hospicjum. Od niedawna tu pracuję, bynajmniej nie żeby oswoić się z miejscem. Jeśli chcę robić w życiu coś ważnego to właśnie to. Jestem spóźniona a mamy dzisiaj ważne zebranie. - Marzenko, chcę jutro z Tobą jechać po te wyniki badania PET- oznajmia mama wjeżdżając na parking. - Ale czemu? Szczerze mówiąc wolałabym jechać sama… – odpowiadam nie ukrywając niezadowolenia z pomysłu.

Leczę się już dwa lata i do tej pory ani razu nie usłyszałam dobrych wieści, nie spodziewam się więc, że coś się zmieni, a moi lekarze również nie rozpalają we mnie nadziei. Każda zła nowina doprowadza mnie do takiego smutku, z którym wolę być sama. Potłuc się a potem posklejać i w jednym kawałeczku wyjść do ludzi- taki mój plan. Chcę sama przeczytać wyniki badania, przepłakać je, potem się uspokoić i razem z wynikami przekazać ten spokój reszcie rodziny. Jeśli pojechałaby ze mną mama, miała bym już nie jedną a dwie osoby do uspokajania: siebie i mamę.

-Marzenko- kontynuuje mama, jednak znacznie nieśmielej, jakby wahała się, czy kontynuować- Jakiś czas temu byłam w kościele i kiedy się modliłam… – zrobiła pauzę a oczy jej zeszkliły się. – …Usłyszałam od Jezusa, bardzo wyraźnie, że będziesz już zdrowa! - powiedziała przez łzy. Ale jak, że będę zdrowa?- spytałam zaskoczona, wiedząc, że muszę być teraz bardzo delikatna. Mama opowiedziała mi całą sytuację, powiedziała, że jest pewna, że będę miała całkowitą remisję choroby, bo o tym ją zapewnił Jezus. Jest pewna tego, co słyszała i chce ze mną jutro pojechać do szpitala, żeby być przy mnie, kiedy się o tym dowiem. Byłam w szoku słysząc te słowa, nie wiedziałam, co powiedzieć. Bałam się zranić moją słodką mateńkę i nie wiedziałam, jak tego nie zrobić. – Mamuś, a jak pojedziesz jutro ze mną i okaże się, że nie ma remisji, co wtedy? – spytałam niedowierzając i licząc jednocześnie, że uspokoi mnie zapewniając, że bierze pod uwagę również taką opcje i przyjmie ją na klatę. – Będzie remisja, na pewno- stwierdziła bez zawahania. Stoimy już jakiś czas na parkingu, rozmawiamy płacząc a światło z okien hospicjum przypomina mi, że kwadrans studencki już dawno minął.

Nadeszło jutro. Jedziemy po wyniki badań a później do mojego szpitala na konsultacje. Stresuje się, lecz nie wynikami – bo do złych wieści jestem już przyzwyczajona- ale tym, że jest ze mną mama, a jak się okażę, że nie ma remisji to nie będę miała możliwości przepuścić tej informacji przez filtr mojego optymizmu a mojej matuli będzie potwornie smutno. Wchodzę do gabinetu lekarza z wynikami w ręku. – No pani Marzeno, mamy remisję. – Ale, że jak? Całkowitą?- dopytuje. - No tak, całkowitą. Badanie nie daje stu procentowej gwarancji, ale wygląda na to, że jest czysto- odpowiada bez ekscytacji lekarz. Mogłoby się zdawać, że po usłyszenia takich informacji powinnam wycałować wszystkich dookoła, albo przynajmniej spaść z krzesła. Nie. Zadawałam rzeczowe pytania odnośnie reszty parametrów- od toksycznej chemioterapii mam uszkodzoną wątrobę i kilka innych flaków i skupiłam całą swoją uwagę właśnie na tych kwestiach. Wychodzę z gabinetu i wciąż nie mogę uwierzyć w to, co usłyszałam. Tylko mama nie jest zaskoczona.

Idziemy do kaplicy szpitalnej. To tutaj wymykałam się czasem z oddziału zamkniętego, żeby wziąć udział wraz z innymi pacjentami w niedzielnej mszy świętej, którą prowadził cudowny ksiądz, ten o którym pisałam, że żyje Miłością. To były moje najpiękniejsze msze. Mama usiadła w ławce, ja przyklęknęłam pod samym ołtarzem. - A więc jednak Jezu, nie naściemniałeś mojej mamie.

Modlę się a płacz wprawia szczękę w drganie. Czuję tak olbrzymią ulgę… Myślę o tym, ile tutaj przeszłam, dwa lata spędzone w ciągłej obawie o swoje życie. Kiedy lekarze załamywali ręce, ja załamywałam się cała. To niesamowite, co się wydarzyło. Nie potrafię tego zrozumieć. Jestem pełna wdzięczności. Dziękuję Temu, który pomógł mi wyjść z tego gnoju. Dziękuję za każdą modlitwę, za ten cały szturm na niebo ludzi mi bliskich i tych, których nigdy nie widziałam. Wierzę, że każde dobro pochodzi od Boga, że jest Jego Miłością. Nawet dobro tych, którzy wspierali mnie nie modlitwą a dobrym słowem, zabawą, towarzystwem, radą, wszystko to jest Miłością. Dziękuję za nią.

Wiem, że to jeszcze nie koniec walki. Lekarze nie wystawili mi świadectwa sukcesu, nie pogratulowali zdrowia. Jeśli nie chcę, żeby ta szkarada, bestia która mnie przeraża, wróciła za miesiąc, muszę kontynuować leczenie. Przy tak opornym i złośliwym chłoniaku jakiego gościłam, jest duże ryzyko wznowy a wtedy mogę zostać bez skutecznego leczenia. Nie mogę mieć podawanej więcej silnej (a więc skutecznej) chemii, nie tylko ze względu na osłabiony toksycznością leków organizm, ale również dlatego, że zniszczyła by ona mój szpik kostny, a nie mam już więcej materiału, żeby wykonywać kolejne autoprzeszczepy, które by go ratowały. To wspaniała wiadomość, że mam całkowitą remisję ale jeśli nie chcę, żeby była to tylko przerwa w chorowaniu, to nie mogę osiąść na laurach. Świadomość tego nie pozwala mi cieszyć się w pełni zwycięstwem.

Dwa miesiące temu dzwoniła do mnie koleżanka szpitalnej niedoli pochwalić się całkowitą remisją, płakałam ze szczęścia. Tydzień temu zadzwoniła ponownie- ma wznowę, poszło na kości. Boję się podzielić los Magdy Prokopowicz czy Chustki, które uwierzyły że to koniec walki w chwili kiedy usłyszały, że mają całkowitą remisję. Nikt nie powiedział mi, że jestem zdrowa. To będzie można stwierdzić z dużym prawdopodobieństwem po kilku latach, jeśli choroba nie da o sobie znać. Boję się cieszyć.

Idę na spotkanie z lekarzem, który ma wiedzę o Adcetrisie. Przyszłam z listą badań klinicznych z udziałem tego leku, z których wynika, że nadal są otwarte rekrutacje, więc mogłabym kontynuować leczenie tym lekiem za darmo, gdybym się oczywiście na takie badanie dostała. Okazało się, że informacje te są już nieaktualne a wszystkie rekrutacje zostały zakończone, gdyż lek okazał się tak skuteczny, że mógł już zostać wprowadzony na rynek.- Pani Marzeno, znam pani przypadek. Wiem, że pani obawy o nawrót choroby są uzasadnione. Jeśli udałoby się pani zebrać pieniądze na ten lek… To najlepszy moment na rozpoczęcie terapii – stwierdził lekarz. Poczułam ulgę. A więc mogę zrobić coś jeszcze, żeby sublokator wyprowadził się na dobre i nigdy nie wrócił. Gdyby nie to, pozostałyby mi tylko regularne badania i tomografie, żeby sprawdzić czy jest wznowa, czy może jeszcze nie. Czuję się spokojniejsza, wiem, że mam jeszcze szansę na pełne zdrowie.

Pora wracać do domu. Zajmujemy z mamą wolne miejsce w busie, siedzimy osobno. Jest duszno a droga długa. Wciąż myślę o tym, co się stało. Całkowita remisja- to nieprawdopodobne. Jeszcze te słowa od Jezusa skierowane do mojej mamy. Jest tu ze mną, siedzi gdzieś z tyłu. Jest tu bo wiedziała, że się nie przesłyszała, nie miała żadnych wątpliwości, nie była zaskoczona. Przyjechała, żeby zobaczyć moją minę jak się dowiem o całkowitej remisji. Odwracam się, szukam spojrzenia mamy. Znajdujemy się a jej wprawione w ruch usta wyraźnie, choć bezdźwięcznie, powiedziały do mnie trzy sylaby: Ko-cham-cię.

Tak bardzo zaprzątam sobie głowę tym, jak zdobyć pieniądze na dalsze leczenie, że nie potrafię cieszyć się z remisji. Nie dzwonię do rodziny, nie otwieram szampana, nie wykrzykuję całemu światu. Chciałabym obudzić się pewnego ranka i powiedzieć sobie: koniec wojny, wygrałam. Ale jeszcze nie pora. NFZ nie refunduje Adcetrisu i mam nie liczyć na ich rychłą przychylność. Muszę sama kupić sobie ten lek. Nie wiem jeszcze ile dawek będę mogła przyjąć, to oceni mój lekarz, ale wiem, że koszty kuracji będą sześciocyfrowe…

Niebawem będę miała swoje subkonto z możliwością zbierania 1%, wkrótce ruszamy ze zbiórką pieniędzy. Moja szansa na pełne zdrowie i poczucie bezpieczeństwa we własnym ciele będzie zależała od hojności ludzi dobrej woli. Wierzę, że z ich pomocą uda mi się. Ze swojej strony chcę zrobić wszystko co mogę, żeby zebrać te pieniądze. Może macie jakieś pomysły? Mój ostatni pomysł to napisanie do 100 najbogatszych Polaków. Może by mi pomogli? Może jak wyzdrowieje to mogłabym jakoś odpracować choćby część kosztów? Nie wiem, jak sobie poradzę, ale zrobię wszystko, żeby wykorzystać tę szansę. Chcę mi się żyć!


poniedziałek, 18 marca 2013

Autoprzeszczep cytrynowy cz. IV


Jestem tu już trzeci tydzień, pojawiły się pierwsze leukocyty na horyzoncie. Ból powolutku ustaje. Mimo wsparcia, jakie tutaj dostaję nadal czuje się okropnie. Potrafię już siadać i wstawać, więc wychodzę do łazienki i wyję. Wyję też w swojej izolatce, ale tu czuje się swobodniej. Ukręcam tampony z chusteczek i wpycham sobie do nosa, bo nie nadążam z wydmuchiwaniem nosa. Wyję non stop, przy jedzeniu, w toalecie, kiedy przewracam się w nocy z boku na bok, kiedy mówię, kiedy się modlę, kiedy się budzę i zasypiam. W beczeniu wyrobiłam normę ząbkującego niemowlaka. Mam już od tego obtarty nos i zakwasy na brzuchu.

Moja czarna, krótka fryzurka powoli zaczyna opuszczać moją głowę przysparzając sanitariuszkom pracy przy sprzątaniu moich włosów z podłogi i przebieraniu pościeli. Już zapomniałam, że te włosy były tak tylko na chwilę, że przy przeszczepie się nie ostoją. Nie wzięłam ani golarki ani nic na głowę. Mam bardzo niskie wartości, więc i tak nie mogłabym ogolić głowy, żeby nie ryzykować zacięcia się i zakażenia. Mnie jednak bardzo denerwują plątające się wszędzie nici. Postanowiłam- skoro nie mogę ich ogolić to je powyrywam. Poszłam pod prysznic, uklęknęłam, puściłam wodę i wyszarpywałam całe pęki włosów. Nie bolało. Trwało to tak długo aż zauważyłam, że klęczę już nie w wodzie a na dywanie z czarnego mchu. Czuję pod dłoniami, że zostało jeszcze kilka kosmyków, ale nie potrafiłam ich już wyciągnąć. Wychodzę spod prysznica, czuję jak drżą mi ręce i uda ze zmęczenia. Patrzę w lustro… Przez chwile myślałam, że widzę Goluma z Władcy Pierścieni, ale i tak nie wywołało to uśmiechu na mojej twarzy. Zobaczyłam bladą twarz z dziwnie zapadniętą skórą wokół oczu, łysą głowę i kilka zwisających kosmyków… Popłakałam się. Byłam w tak fatalnej kondycji psychicznej, że nawet takie głupstwo jak wygląd podcięło mi nogi. Poczułam się wstrętna. Co gorsza- zdałam sobie sprawę, że nie mam nic, czym mogła być zasłonić swoje szkaradne oblicze. Leżę w łóżku i wycieram płacz w ligninę dziwiąc się sobie jednocześnie, że taki oto marny powód go wyzwolił.

Zaczął się wieczorny obchód. Przez niedomknięte drzwi wkrada się cichy głos lekarza… O nie! To ten lekarz, który nie powinien tu pracować, gdyż jest zbyt przystojny a swym obliczem peszy mnie. Nie może mnie zobaczyć w takim stanie! Chowam się pod kołdrę i robię w niej małą szczelinę-  będę mu przez nią odpowiadać. Powiem, że wszystko dobrze i na pewno szybko sobie pójdzie. Kiedy jednak lekarz zapukał w moje drzwi szybko zdałam sobie sprawę, że to, co robię jest strasznie głupie i błyskawicznie wyciągnęłam głowę zza kurtyny pościeli.    - Jak się pani czuje? - pyta z troską dr Apollo. - Źle, jestem smutna i brzydka! – wykrzyknęłam i zapłakałam jak nadąsane, rozpieszczone dziecko. - Ale dobrze pani wygląda – odpowiedział lekarz próbując mnie pocieszyć.

Już sobie poszedł, uff. Nie wytrzymam, muszę coś zrobić z Golumem. Dzwonię do taty, proszę żeby przywiózł mi maszynkę elektryczną, którą strzyże psa. Przyszła dostawa. Pielęgniarka goli mi głowę. Gotowe- jestem łysa, całkowicie i pięknie.

Jedną z niewielu nocy, którą potrafiłam tutaj spokojnie przespać, przerwał mi ból klatki piersiowej. Zbudziłam się, staram się złapać głęboki oddech, czuję jak ciężko mi to przychodzi. Wraz z szumem mojego wydechu, z gardła słychać musowanie, jakby oranżada próbowała wydostać się z mojego żołądka. Znam to- już z tego powodu wylądowałam kiedyś w szpitalu po jednej z chemioterapii. Zaczynam się dusić, nie potrafię napełnić płuc. Jest trzecia w nocy, wzywam pielęgniarkę. Na lekarzy muszę poczekać do rana, powoli wpadam w panikę, bo czuję się coraz gorzej, nie potrafię spokojnie oddychać, kaszlę, zalewam się potem. Poranny obchód, stetoskop lepi się do moich piersi, przybyło i RTG na kółeczkach. Obustronne zapalenie płuc. – Jeszcze długo stąd Pani nie wyjdzie- skwitował lekarz. Przyjmuje kolejne kroplówki z antybiotykami, męczy mnie gorączka. Dmucham do takiego urządzenia przypominającego maszynę losującą lotto i chodzi o to, aby tak mocno dmuchać, żeby piłeczki lewitowały. Bardzo to magiczne.

Mijają dni a ja czuję się coraz lepiej. Wraz ze wzrostem leukocytów samoistnie ustąpił ból odbytu, który spieprzył mi pobyt w tym parahotelu. Tak, to mogło się źle skończyć... Umrzeć z powodu odbytu? No niezbyt to romantyczne. Ale już jest dobrze. Płuca pozwalają mi na zaczerpnięcie pełnego oddechu, temperatura mojego ciała obniżyła się już do upragnionego 36.6, leukocyty rosną jak na drożdżach- tak bardzo, że aż mnie w kościach rozpiera i nie potrafię bez bólu zmienić pozycji. No i spuchłam trochę- plus 5 kg w dwa dni. Może dla Amerykanina to żaden tam wyczyn, ale dla mnie owszem. Dostałam tabletki na sikanie. Wysikałam 5 kg nadwyżki wody w moim organizmie i w końcu potrafię ściągnąć pierścionek z palca.

Nadszedł dzień na który czekałam, martwiąc się, że nie przyjdzie. Wychodzę! Lekarz zaskoczył mnie ta informacją, a ja zaskoczyłam lekarzami łzami w oczach. Leukocyty wzrosły już na tyle, że mogę obcować z rzeczywistością pozaszpitalną. Nadal mnie mdli, czasem wymiotuję i jestem bardzo słaba, ale lekarze powiedzieli, że mogę już w domu dochodzić do siebie. Spędziłam tu ponad miesiąc. Boże, tak się bałam. Ale wychodzę, wszystko jest ok, wychodzę… Powtarzam to jak mantrę i wciąż nie mogę uwierzyć. Powolutku się pakuję, bo nadal mam zawroty głowy i nie chciałabym odcisnąć zębów na stole. Wkładam na siebie warstwy ubrań, wciskam sweter do spodni, żeby upozorować brzuch. Mama zawsze się niepokoi, kiedy chudnę. 6 kg spadku i tak nie umknie jej uwadze, ale chociaż na przywitanie nie zrobię na niej mizernego wrażenia. Witam się z mamą, nasze ciepłe łzy kołyszą się w oku. Wchodzimy do windy a w niej Pani Profesor wita mnie optymistycznym akcentem: „Proszę dziękować mamie, że nie przystała na propozycję alloprzeszczepu. Gdyby nie ona, już by Pani ze mną tą windą więcej nie jechała…”. Dźwigam lewy kącik ust do uśmiechu a prawy ciągle jakby sparaliżowany.

Poprosiłam mamę, żeby zawiozła mnie do siostry. Aneta to nie tylko siostra ale i przyjaciółka od serca- jak mawiała Ania Shirley o swojej ukochanej Dianie. Wysiadamy z samochodu, mama bierze mnie pod pachę i ciągnie w górę po schodach. Pewnie z zewnątrz wygląda to tak, jakbym to ja wspierała mamę a nie ona mnie, tym bardziej, że jestem znacznie wyższa od mojej matuli. Wchodzimy do mieszkania, jest ciepło i przytulnie. Anetka specjalnie nagrzała swój pokój, żeby było mi w nim dobrze. Wszystkie padamy na zaścielone łóżko, trzy kochające się baby leżą i rozprawiają jak logistycznie rozplanować przytulanie, żeby żadna nie miała go mniej. Jest tak cudownie ciepło, kojąco, całuję ich pachnące lica, miziam palcami stóp ich palce. Jestem przytulona. Tak mi tego brakowało, że muszę dusić w sobie płacz. Jestem tu i jestem teraz szczęśliwa.

Mama pojechała do domu, ja zostałam z siostrą. Mamy okazję do popłakania sobie w swoim towarzystwie, więc nie przepuszczamy okazji. Anetka przygotowuje mi kąpiel. Piana z pękającymi bąbelkami przyjmuje moje stopy a później całą mnie. Zanurzyłam się w pachnącej, ciepłej wodzie, którą Anetka bierze w dłonie i wylewa na moją głowę, ręce i nogi, które nie zmieściły się w starej wannie. Gąbką wyciera całą moją przesiąknięta szpitalem skórę, mydli moje stopy, dłonie, uszy. Co jakiś czas wychodzi do kuchni i przynosi kolejny czajnik wrzątku. Spokojnie, powoli, ciepło… Jest mi tak dobrze, że zwykły uśmiech nie oddaje mojej radości. Leżę w wannie i śmieję się w głos a moja Diana myje moją łysą czaszkę. Potem ręcznik: noga- noga, ręka- ręka, szuru szuru, palec w uchu. Jestem czysta, pachnąca i rumiana. Wyglądam na żywą, zdecydowanie!


Kochani, nawet nie wiecie, jak się cieszę, że mam w Was wsparcie. Głupi blog a okazuje się być tak silnym medium. Ale w Was siła! Adcetris- dzięki Wam jest teraz na moim celowniku. Krzesicie iskry nadziei. Dziękuję za zaangażowanie w sprawę!

środa, 13 marca 2013

Przeszczep cytrynowy cz.III


Wartości nie chcą mi rosnąć a upłynęło już wystarczająco dużo czasu, żeby zaczęło mnie to martwić. Czuję się fatalnie, nie mam sił usiąść, nie mam sił rozmawiać. Dostaję codziennie zastrzyki: czynnik wzrostu. Ma on pomóc mojemu szpikowi regenerować się po masakrze jaką przeszedł. Popalone chemią błony śluzowe przełyku i układu pokarmowego nie pozwalają mi zjeść posiłku bez bólu, wymiotów i biegunki. Leżę w łóżku odbierając jedynie bodźce zmysłowe- ślepi, boli, drażni bębenki… Przygaszone światło za oknem kuje moje ślepia. Zamykam oczy na cały dzień. Ruch dookoła mnie odbieram tylko uchem: wchodzą pielęgniarki, wychodzą pielęgniarki, sanitariuszki przynoszą jedzenie, sanitariuszki wynoszą jedzenie… Zbiór informacji z całego dnia to jedynie fale dźwiękowe, powieki moje nie mają już sił sprzeciwiać się grawitacji a oślepione oko szybko chce wrócić za ciemną kurtynę.

Leżę i czuję się taka strasznie ciężka. Plecy jak z żelaza, sztywny kark, który nie chcę podnieść głowy, pięty wbijające się w materac. Zaczynam czuć znany mi ból. To chyba odbyt- znowu on? Biedak jest już wycieńczony biegunkami, też ma prawo do chwili słabości. Nie pękaj!- próbuję go pocieszyć.

Pękł. Sam z siebie, wybrał właśnie to miejsce i czas, kiedy jestem najsłabsza. Najbliższy przyjaciel mojego Odbytu- pan Proktolog- powiedział mi, że szczelina odbytu to taka pierdoła jak wrastający paznokieć i że często zdarza się podczas chemioterapii ale niestety nie da się jej zapobiec. Niestety podczas przeszczepu szpiku, kiedy ma się zerowe wartości, nic nie jest pierdołą. Mała szczelinka, która u normalnej zdrowej osoby od razu by się zagoiła i nawet nie dałaby o sobie znać, u „przeszczepowca” to olbrzymi krater, jak stąd do jądra ziemi. Nie goi się, bo nie ma w krwi odpowiednich komórek- tynkarzy, który zaklepią pęknięcie w ścianie. Może też dojść do poważnego zakażenia, bo nie ma komórek odpornościowych, które by pilnowały wejścia do krwioobiegu i niszczyły każdego, kto chciałby je przekroczyć żeby napsuć mi krwi. Wiem, że to poważna sprawa. Mój niepokój wzrasta a ból się nasila.

Nie wiem, co ze sobą zrobić, ból jest coraz silniejszy, nie pomaga zmienienie pozycji, nie pomagają kroplówki z środkiem przeciwbólowym. Jestem na granicy płaczu. Ból jest coraz silniejszy, pulsuje, nie wiem już, gdzie jest jego źródło, rozrywa mi ciało. Nie mogę się ruszyć, nie potrafię choćbym chciała, lekarze interweniują ale to nic nie daje. Panie z sali obok zamykają drzwi, żeby nie słyszeć mojego krzyku. Nigdy nie miałam do czynienia z takim bólem, lekarze dokładają mi kroplówek. Opioidowe środki przeciwbólowe również nie działają.

Poznałam ten rodzaj bólu, który prowadzi do rozpaczy. Chciałabym stracić przytomność. Mijają godziny, mija noc. Ból jest nie do zniesienia, nie potrafię wpłynąć na niego moją wolą, nie daje mi spokoju ani na chwilę. Pęta każdą moją myśl, buduje złudzenie nieskończoności, ogarnia całe moje ciało. Nie mogę się ruszyć, leże na boku już od kilku dni a ból razem ze mną. Nie jem i nie piję, byleby nie musieć korzystać z toalety. Gorączkuję, leżę nieruchoma, panie pielęgniarki myją mnie. Jestem niesamodzielna, musiałam przyznać się do tego, przełamać wstyd i dać sobie umyć tyłek.

Mijają dni, odwiedza mnie sztab lekarzy z profesorką na czele.
- Pani Marzeno, jak dobrze, że nie zrobiliśmy Pani tego alloprzeszczepu a zdecydowaliśmy się na auto. Gdyby nie Pani mama, gdyby nie jej wątpliwości… Nie byłoby już Pani z nami. Później pokiwała głową w zamyśleniu, jak gdyby wyobrażała sobie, jak tragicznie mogłoby się to skończyć. I dodała:
- Nie możemy zrobić pani alloprzeszczepu…
- Jak to? – spytałam przerażona. Wiem przecież, że przeszczep od dawcy miał być moją ostatnią szansą na wyzdrowienie a te autoprzeszczepy to tylko przygotowanie do niego.

Pani profesor wyszła zostawiając mnie bez odpowiedzi. Poczułam jakbym usłyszała wyrok śmierci bez prawa odwołania. Poprosiłam swoją lekarkę, aby ze mną została. Wybuchłam płaczem. Wiem, że ten i późniejszy autoprzeszczep miały mnie tylko przygotować pod alloprzeszczep. Lekarze mówili, że kolejne autoprzeszczepy prawdopodobnie niewiele pomogą, ale być może sprawią, że przeszczep od dawcy będzie bezpieczniejszy i być może on mnie wyleczy. Powiedzieli też, że dłużej nie mogę być leczona tak silną i toksyczną chemią, bo prędzej umrę z powodu jej powikłań niż z powodu samego chłoniaka. Alloprzeszczep miał być zatem moją ostatnią szansą na zdrowie.

- Jak nie alloprzeszczep to co?-  Pytam lekarkę mając nadzieję, że powie mi, że pani profesor to kłamczucha. - Nie wiem - odpowiedziała zakłopotana - Może chemia podtrzymująca- dodała. - Czyli biorę chemię tak długo jak zdołam a potem umrę? Umrę?- powtórzyłam. - Każdy umrze- odpowiedziała wymijająco lekarka.

Shake’a ze strachu, szoku i bólu wypiłam na raz, prawie dławiąc się ilością. Wiem, że alloprzeszczep, kiedy tak fatalnie przechodzę autoprzeszczepy, byłoby w tej chwili dla mnie niebezpieczny jak skok bungie na gumie z majtek. Powoli dochodzi do mnie również to, że gdyby to był alloprzeszczep a nie auto, to by mnie tu już nie było... Nie byłoby mnie tu. Jak to możliwe, że mogłoby mnie nie być? O mały włos, prawie, Bogu dzięki. Kwestia jednej trafnej decyzji. Jednak Jestem- jakie to nieoczywiste.

Leżę w łóżku i płaczę. Ból związany ze szczeliną odbytu nie niknie, ale teraz nawet on oddał pałeczkę prawdziwej gehennie duszy. A więc umrę. Raczej prędzej, niż później. Choruję już wystarczająco długo aby przetrawić temat śmierci i wydawało mi się, że jest już strawiony. Czułam się już w miarę pogodzona ze śmiercią, nie wypierałam jej, nie trzymałam się kurczowo tego, że muszę wyzdrowieć i o innej opcji nie chcę słyszeć. Walczyłam i byłam nastawiona na wygraną ale chciałam być również gotowa na zejście z boiska. Oswajałam śmierć, aby się jej nie bać. Myślałam, że trzymam ją w karbach. Rzeczywistość okazała się inna kiedy śmierć przestała być już dla mnie tylko lękiem tanatycznym do dywagowania, ale stała się rzeczywista, tutejsza i bliska jak podkoszulka. Kiedy poczułam tak ogromny ból fizyczny, tak długi i nieznośny, kiedy poczułam tak olbrzymią bliskość śmierci to ogarnął mnie strach, którego nie potrafię nakreślić żadnymi słowami. Byłam wtedy sama. Tak długo i nieznośnie. Nie pomógł psycholog ani tabletki uspokajające. I wtedy pękłam.  Przed lekarzami, przed pielęgniarkami, przed księdzem... Wyjęczałam, wypłakałam jak bardzo nie chce umierać, jak bardzo się tego boję, że nie chcę odchodzić nieprzygotowana, że sama nie potrafię się przygotować. Teraz żałuję, że nie pękłam wcześniej, dostałam bowiem taką pomoc, jakiej bym sobie nie wyśniła, pomoc, na którą nie pozwoliłam sobie wcześniej, bo liczyłam tylko na siebie. Zosia Samosia.

Zosie Samosie zastrzeliłam. Dałam sobie pozwolenie na bycie smutną, na bycie potrzebującą. To wszystko zmieniło. Rozmowy z pielęgniarkami i lekarzami przestały być już tylko obrotem informacjami a codzienne spotkania z księdzem jedynie wymianą grzeczności. Dostałam tak mnóstwo ciepła, te szczere rozmowy, przytulenie przez zapłakaną pielęgniarkę, wspólna modlitwa... Odżywam, powoli zaczynam sklejać swoje załamania. Wyspowiadałam się i przyjęłam sakrament chorych. Ksiądz okazał się być najwłaściwszym człowiekiem na najwłaściwszym miejscu. Bez jego wiary, która podbudowała moją, nie dałabym rady. Rozmowy o śmierci, o hospicjum, o tym jak się umiera stały się normalne jak rozmowy o tym, co na obiad.  I modlitwa. Mnóstwo modlitwy, mnóstwo Boga, mnóstwo Miłości. Nigdy już nie chce żyć bez Boga.

Nie wiem nawet, jak nazywa się ksiądz, który mnie odwiedza, ale wiem jedno- ten ksiądz żyje miłością. Przeprowadziliśmy mnóstwo trudnych rozmów. Od kilku dni zadaje mu multum pytań, jak dzieciak, który pierwszy raz usłyszał o Bogu. Było jeszcze jedno pytanie, które mnie trapiło, ale nie zadawałam go, bo bałam się odpowiedzi. W końcu zdobywam się na odwagę, napinam się…
- Czy Ksiądz jest wzywany kiedy pacjent umiera? – spytałam, udając opanowaną.
- Nie.
To było dla mnie wstrząsające słowo na trzy litery. Rozpłakałam się i powiedziałam, że nie chcę być sama jeśli będzie mi dane umrzeć w szpitalu…
- Przecież Jezus z Tobą będzie!- odpowiedział z takim przekonaniem, jak gdyby było to tak oczywiste, że aż dziw, że o to pytam.
Erupcja moich kanalików łzowych była tak gwałtowna, że myślałam, że tylko dzieci tak potrafią. Zalałam się łzami w mig.


Do szpitala zabrałam sobie tomik wierszy Z. Krasińskiego. Nowy nabytek. Wzięłam na ślepo, bo był za grosze. Trafiłam tam na wiersz, który tu- między zimną podłogą a białym sufitem- stał się moim wytchnieniem i modlitwą.

Modlitwa, żeby umrzeć młodą

Dozwól, Panie, bym zniknęła jak kwiat, ścięty kosą o południu - bym nie więdnęła w wieczornej żałobie.
Dzieci moje jak rozwiną się na podobieństwo pączków pękających, przechodzących w róże, wtedy czas mi odejść, Panie!
O, skróć pielgrzymkę moją - umniejsz chwil starości próbie mojej!
Duch mój w świeżości niech oderwie się od świeżego ciała!
Niech umieram w pełności sił!
Niech konam w latach, w których Syn Twój skonał - niechaj nie przeżywam siebie samej!
Niechaj nie słyszę głosów ludzkich, mówiących o mnie, jakom była kiedyś!
O jesieni życia niechaj odlecę jak liście borów, jak kwiaty łąk, jak motyle kwiatów!
Zimy ciemnej, zimy martwej nie nasyłaj na mnie, o miłości moja!
Nie karaj mnie tym, czym ukarałeś starców - przywiązaniem do ziemi!
Nie każ mi z wolna stąpać ku trumnie i co krok obzierać się na niwy zielone, na błonia przeszłości!
Udaruj mnie statkiem i niebo jaźnią śmierci!
Wlej we mnie wiarę, że tam młodość bez końca, że tam życie wiośniane!
Niechaj czuję, że dni mi ubywa, a że mi coraz spieszniej ku Tobie!
Nie dopuść, bym zwiędłymi wieńcami igrać miała, jakom igrała o świcie wieku mojego!
Daj, daj mi umrzeć młodą! Daj, bym z wiosny ziemskiej przeszła do niebieskiej, jak akord, co z niższego w wyższy ton się przewija - jak promień w tęczy, co z słabszej barwy w ognistszą się podnosi — jak myśl natchniona, co w jednej chwili staje się porywającą, wielką, nieśmiertelną!
Błogosławić Ci będę w chwili zgonu mego - ale jeśliś mi przeznaczył długie dni, długie męczeństwo,
O Panie, niechaj stanie się wola Twoja, a nie moja. - Amen.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Przeszczep cytrynowy cz. II.


Moi Drodzy, trochę Wam współczuje, bo kiedy po długiej przerwie zabieram się za pisanie, płodzę na prawdę długie konstrukcje zdaniowe. Usiądźcie zatem wygodnie...

Wartości spadły mi do zera. Teraz moja odporność jest słabsza niż u wcześniaka w inkubatorze, zorganizowana grupa przestępcza bakterii może mnie wyprowadzić na manowce, gdziekolwiek to jest. Mam zakaz: oblizywania palców (nawet po Nutelli), podnoszenia wysypanych tabletek z podłogi, dłubania w zębach, dłubania w nosie (najgorzej), uchylania okna, uchylania drzwi, jedzenia czegokolwiek, co stoi dłużej bez lodówki. Zakaz picia soków owocowych i jedzenia surowych produktów, żadnych nadziewanych czekoladek, orzechom też mówimy grzeczne, lecz stanowcze NIE. Zakaz spadania z łóżka i innych form krzywdzenia się. Nie mogę mieć na sali więcej niż jedną wodę mineralną, gdyż każda rzecz, która się przy mnie znajduje jest potencjalnym źródłem bakterii. Zęby płukać nie wodą z kranu ale z butelki- mineralną, wyparzać szczoteczkę, nie obgryzać paznokci, broń Boże skórek. Paznokcie kazano mi zresztą obciąć na zero, żebym się przypadkiem nie zadrapała (potencjalne źródło zakażenia), a ciężko się nie drapać, kiedy Hodgkin łaskocze. Wielokrotnie w ciągu dnia odkażać ręce płynem dezynfekcyjnym. Do czajnika nie wlewać wody z kranu, a butelkowaną.

Myślałam, że jestem sama w izolatce, teraz jednak widzę miliony patogenów unoszących się w powietrzu i czyhających na moje życie. Lampa antybakteryjna na mojej sali i w łazience strzeże mojego zdrowia. Lekarze od stóp do głów odziani w jednorazowe fartuchy i maseczki. Stoję nad umywalką, ręka rękę myje a głowa rozważa, jak zakręcić kurek z kranu bez dotykania go. W końcu odkręcałam go skażonymi rękami. Angażuję łokcie. Wychodzę, zamykam za sobą drzwi łazienki i czuję jak na dłoń ściskającą klamkę przeskakują mi małe, niewidzialne gołym okiem stwory, szkarady, paskudztwa. Psss Psss! Spryskuje je środkiem dezynfekcyjnym. Macie za swoje łobuzy jedne!

Obok w sali leży dwóch panów. Mamy wspólną łazienkę. Oboje robią coś tak okropnego i wstydliwego, że zastanawiałam się, czy to w ogóle ujawniać na blogu. No ale dobrze… Proszę Państwa, oni NIE MYJĄ RĄK. Moja izolatka łączy się ścianą z łazienką, a moje odstające uszy świetnie sprawdzają się w roli małych satelit obierających najdrobniejsze dźwięki zarówno z muszli koncertowej jak i obijającego moją facjatę metalowego kranu. Poprawny schemat postępowania w wysoko wyspecjalizowanym  pomieszczeniu do dbania o higienę wygląda następująco: Podnosimy klapę – czynimy powinność- zamykamy klapę - uruchamiamy wodospad - myjemy ręce - opuszczamy pomieszczenie. Panowie zaś robili tak - podnosimy klapę - czynimy powinność- uruchamiamy wodospad - opuszczamy pomieszczenie. Proszę zauważyć, że brakuję tu dwóch znaczących czynności. Niezamknięcie klapy przed uruchomianiem wodospadu powoduje wydostanie się bakterii kałowych pod dużym ciśnieniem z muszli koncertowej do pomieszczenia. One zaś opadają na ręczniki, szczoteczkę do zębów leżącą na umywalce i inne rzeczy znajdujące się w obrębie rażenia. Oglądałam o tym film na Discovery, jego fabułę można by wykorzystać do horroru pt. Zmasowany atak bakterii kałowych. Druga sprawa- Panowie w ramach wsparcia szpitala w zaciskaniu pasa i szukaniu oszczędności postanowili nie używać wody i mydła. Czasem ich poświęcenie obejmowało również nie uruchamianie wodospadu. No jak oszczędzać to oszczędzać.

Tuż po skończeniu liceum poleciałam do Anglii robiąc to, co potrafię najlepiej. Jako operator mopa czy- jak niektórzy mawiają- konserwator powierzchni płaskiej, zasięgiem białych włosów na kiju obejmowałam całe centrum handlowe. Wyjątkowo sprawnie szło mi sprzątanie toalet, zwłaszcza męskich- nigdy nie musiałam  czyścić umywalek, bo były po prostu nieużywane, mydło w dozowniku zawsze pełne a na kurkach z kranu nie dopatrzyłam się odcisków palców. Tak, wspólna łazienka z mężczyznami to zdecydowanie najgorsza z informacji, jakie tutaj do tej pory usłyszałam…

…Ale pora jeszcze wczesna. Życie lubi przeplatać komedię z tragedią, dramat z farsą a gorzkie zły z łzami radości, lecz żeby nie przesadzić z efekciarskim patosem- tu postawię kropkę. Dla zrównoważenia powyższej podniosłości, właśnie zabieram się za napisanie słowa, którego z pewnością rzadko używacie, które fatalnie brzmi, źle się kojarzy a i w wierszu żadnego wieszcza go nie znajdziecie. Słowo to określa coś, co używamy każdego dnia (chyba, że mamy jakiś problem natury fizjologicznej). Jest to wyraz, którego wolimy w ogóle nie stosować a jeśli już sytuacja nas do tego zmusza, to aby uniknąć wypowiadania tych 5 najwstydliwszych liter świata, wolimy użyć aż kilka- bogatych w niejednoznaczność- słów. Odbyt. Tak, to właśnie on będzie teraz w centrum mojej uwagi.

Nie mam w zwyczaju prowadzić pogawędki na jego temat np. w autobusie i myślę, że byłoby to jednak niestosowne, ale postanowiłam pomóc zaistnieć odbytowi w tym właśnie poście, gdyż biedak tak bardzo został zepchnięty na margines naszej uwagi, gorzej- na margines naszej całej cielesności- że mam zamiar właśnie tutaj przewrócić mu należny szacunek i jego prawo do bycia traktowanym równie poważnie, jak inne przymioty ciała. To właśnie ten niepozorny mięsień postawiliśmy na końcu kolejki po naszą troskę i zainteresowanie. Biedak, nawet kiedy coś mu jest i sygnalizuje nam bólem, że mamy iść z nim do lekarza- ignorujemy go i wstydzimy się go w ogóle komukolwiek przedstawiać. A jakże rzadko pozwalamy mu widywać się ze swym najlepszym przyjacielem Proktologiem. Gdyby nie ten wstyd, ileż Odbytów mógłby ów Proktolog uratować. Czasem nawet ich właścicieli.

Wstyd, choć sam w sobie nie jest zły, ba- często stoi na straży ludzkiej przyzwoitości- może być jednak barierą, która wielu ludziom nie pozwala pójść ze swoim Odbytem po pomoc do lekarza. O chodzeniu do niego tylko na kontrolę, nawet kiedy nic się nie dzieję już w ogóle nie ma mowy. A Odbyt, tak samo jak jego siostry syjamskie Jelito Grube i Cieńkie,  jak i każda inna część naszego ciała, również może chorować i to bardzo poważnie. Czasem śmiertelnie poważnie. Często lekceważymy go jednak tak długo jak się da, a da się długo. Ból można znieść, każdy symptom, który powinien zwrócić nasza uwagę na to, że coś się dzieję złego ignorujemy i dopiero, kiedy lekarz zmusi nas i postraszy, to z opuszczoną głową udajemy się do chirurga czy proktologa. A wtedy często okazuje się, że czekaliśmy zbyt długo, że zbyt długo lekceważyliśmy objawy choroby albo zbyt długo byliśmy przekonani o tym, że badania profilaktyczne to marnowanie czasu. Zbyt długo, bo uśpiliśmy czujność. A licho nie śpi. 
Mój Odbyt również przypomniał mi o swojej obecności. Pierwszy raz podczas mojego pierwszego autoprzeszczepu. Kiedy wartości spadają do zera, dzieją się dziwne rzeczy. Wtedy jednak epizod był krótki a pożar został szybko zgaszony. Jednak dobrze pamiętam, kiedy cały dzień męczyłam się z bólu licząc, że sam przejdzie. Kiedy w końcu odważyłam się wypowiedzieć dziesięć zdań opisujących odbyt, byle by nie powiedzieć słowa „odbyt”, Pani doktor zaproponowała, że zajrzy do Niego i zobaczy, jak się ma. Przykryłam się kołdrą po brodę i powiedziałam: „Wszystko tylko nie to!” Myliłam się. Po tym, jak Panią doktor odesłałam z kwitkiem uznając, że wytrzymam i że samo przejdzie, po kilku godzinach pojawił się tak silny ból, że zmieniłam zdanie. Badanie per rectum okazało się jednak nie być straszne a szybka interwencja lekarza po zdiagnozowaniu szczeliny odbytu okazała się być dla mnie zbawienna. Odbyt żądał uwagi i dostał ją szybko dając mi o sobie zapomnieć. Jednak właśnie teraz- podczas mojego drugiego autoprzeszczepu zwanego cytrynowym, zażądał tej uwagi o wiele więcej. Tak dużo, że nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Z jego powodu usłyszałam słowa, których żaden chory nie chciałby usłyszeć od lekarza.

To jednak historia na kolejną część. Tymczasem dałam swojemu bratu hasło do mojego bloga- na wypadek gdyby mi się niespodziewanie umarło, on poinformuje Was o tym, zanim jeszcze do mnie samej to dotrze ;) Jeśli więc długo nie daje tutaj znaków życia, znaczy to, że żyję. Zgodnie z zasadą: No news is good news- jak powiedział ktoś z Was w komentarzach :) 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Autoprzeszczep cytrynowy


Chemioterapię czas zacząć. Jestem proszona do sali zabiegowej na założenie wejścia centralnego. Sala zabiegowa, na środku kozetka a na niej ja do połowy naga. Lekarz nade mną, światło w oczy, proszę się odwrócić. Ten schemat powtarzał się już wielokrotnie. Powinnam się oswoić. Ja jednak każdy zabieg przeżywam bardziej emocjonalnie, boję się go tak bardzo, że na samo wspomnienie tego cisną mi się łzy w kąciki oczu. To tylko założenie takiego dużego wenflonu do żyły pod obojczykiem. Nic strasznego. Zabieg trwa może 10 min i boli tylko trochę. Jednak w trakcje zabiegu dzieje się coś dla mnie niezrozumiałego. Odpływam gdzieś, mam zawroty głowy jakbym była pijana, wyłączam się, czuję jakbym opuszczała ciało, jak gdyby działo się coś tak strasznego, że nie chcę przy tym być, więc wychodzę. Oślepia mnie lampa a z mojego nieruchomego spojrzenia spływają łzy. Pierwszy raz miałam takie uczucie, kiedy miałam robioną biopsję węzła chłonnego. Przykryto mi twarz, po środku znieczulającym nic nie czułam a jednak płakałam jak gdyby ci ludzie, tam nade mną, robili mi coś okropnego a ja nie mogę się ruszyć i uciec. Wychodzę więc z siebie, jestem nieobecna, nie czuje ciała. Wspominając to zdarzenie mam wrażenie, że to sen.

Leżę na łóżku, pielęgniarki podłączają mi kabelki do wejścia centralnego, programują pompę infuzyjną, która ma mi dawkować kroplówki. 4 doby ciągłego wlewu. - Może być naprawdę ciężko Pani Marzeno. Gdyby coś się działo… - mówi pielęgniarka. – Tak wiem, wtedy dzwonić - dokańczam. Bardzo męczy mnie pikanie pompy. Nie mogę przez nią spać a co kilkadziesiąt minut włącza się alarm, kiedy dla przykładu zmniejsza się ciśnienie w kabelku, bo np. przygniotłam go ręką. Muszę wtedy wzywać pielęgniarkę, żeby ten cholerny alarm wyłączyła, bo doprowadza mnie do szału. Zwłaszcza kiedy budzi mnie w nocy co godzinę. W końcu sama przez obserwowanie nauczyłam się go wyłączać i regulować, ale to i tak zmusza mnie co całonocnego wstawania z łóżka, żeby dobrać się do pompy.

4 doby chemioterapii minęły spokojnie. Takie tam wymioty, jakieś tam omdlenia, stosowne wyczerpanie i znośne bóle. Bez szału. Poranny obchód, udzielam wywiadu gronie lekarzy. Chwale się, że tak ładnie zniosłam chemię, że nie taki diabeł straszny. Profesor milczy. Wyraz jego twarzy mówi mi: nie mów hop…
Mijają kolejne dni. Leżę w łóżku a w tym czasie bomba z opóźnionym zapłonem niszczy potwora przy okazji demolując mój szpik kostny. Czuje się coraz gorzej, spadają mi wartości- szpik niszczeje więc nie ma kto produkować krwi. Pielęgniarki przynoszą worki z czerwonym płynem od honorowych dawców. Przetaczają mi płytki krwi jedna za drugą. Ciekawe, kim są Ci ludzie, którzy oddali krew. Nawet nie wiedzą, że ich dar właśnie ratuje mi życie. Chciałabym im podziękować.

Czuję się fatalnie, wymiotuję non stop, nie potrafię jeść, nie potrafię wstać, jestem zmęczona jak koń po westernie. Zawroty głowy nie pozwalają mi zmienić pozycji z leżącej na siedzącą tak, aby nie zwymiotować. Dostaję obiad, sam jego zapach przyprawia mnie o mdłości. Jem w pozycji horyzontalnej. Kładę talerz na kołdrze, tuż pod spoczywającą na poduszce głową. Dociskam ciepłą ceramikę do brody i cisnę widelcem kartofel wprost do otwartych  ust. Albo obok.  Po wszystkim wyglądam, jakbym próbowała wymieszać bigos głową.

Dzień autoprzeszczepu. Leżę z podpiętymi kabelkami, którymi spływają do moich żył komórki macierzyste. Lekarze wiszą nade mną i sprawdzają, czy wszystko przebiega sprawnie. Jestem tak bardzo zmęczona, że nawet na to wszystko nie patrzę. Drzemię.
 – Proszę na nas patrzeć. Patrzeć i mówić – instruują mnie lekarze. Ledwo zipie a tu nie dość, że powieki dźwignąć muszę to jeszcze język w ruch wprawiać. – Ale po co? – pytam. - Mamy wtedy pewność, że pani żyje- odpowiedział lekarz. Na jego twarzy nie dopatrzyłam się jednak psotnego mrugnięcia okiem.

Czuję obrzydliwy smak w ustach. Najohydniejszy z najohydniejszych. Słone mydło, paskudztwo, wstrętność, okropieństwo. Dźwiga mi się żołądek. - Będę wymiotować- uprzedzam. Pielęgniarka szybko podaje mi miskę, lekarz „pożyczył” od pacjenta z sali obok cukierek dla mnie aby zredukować traumę moich kubków smakowych. Am! Landrynka wylądowała na języku a stamtąd wśliznęła się do gardła i sunęła w stronę płuc… Duszę się, kaszlę, próbuję ją wykrztusić, brak mi tchu! Lekarze stoją spokojnie a ja wymachuję rękami, żeby mi pomogli, żeby w plecy przywalili! Oni zaś przyglądają się badawczo, zerkają na zegarek… Myślałam, że już po mnie, kiedy nagle cukierek wystrzelił z mojego gardła i zawirował w misce. – O matko, my myśleliśmy, że pani po prostu wymiotuję tak jak zapowiadała!- skomentował zaskoczony lekarz. Mało brakowało dokonała bym żywota a w akcie zgonu napisano by: „Pacjentka zmarła podczas przeszczepu- udławiła się landrynką. Szczegóły wydarzenia: Landrynka była o smaku cytrynowym.”


To była ostatnia z zabawnych sytuacji podczas mojego przeszczepu, ale o tym w środę.

czwartek, 22 listopada 2012

Dzień dobry Izolatko...


... Jak to nie miło znów Cię widzieć! Spędzimy razem miesiąc, cóż za radość wątpliwa!

Kiedyś pobyty na oddziale zamkniętym traktowałam jak przygodę. Prócz fizycznych nieprzyjemności związanych z chemioterapią, widziałam w tym szansę na poznanie czegoś zupełnie nowego, na zmierzenie się z własnymi niemocami, na poznanie ludzi, których łączy ze mną tak wiele. Miałam sposobność na poznanie siebie w nowych okolicznościach. Biało, jasno, sterylnie, słychać przechadzające się korytarzem chodaki a w nich lekarze, którym na tobie bardzo zależy albo tylko trochę. Tu zawsze dużo się dzieje. W pewnym sensie lubiłam tu przyjeżdżać.

Przygodówka zaczęła się jednak zmieniać w dramat albo przynajmniej smutny film o przemijaniu. Wyjątkowo dotkliwie odczuwam tutaj swoją kruchą cielesność i jej ograniczony terminu przydatności. To tutaj dojrzewa we mnie myśl, że kiedyś odejdę i że chcę być wtedy szczęśliwa. Leżę na izolatce, unieruchomiona ale tylko pozornie. Świat na zewnątrz jest teraz przede mną tymczasowo zamknięty- nie wychodzę a to zmusza mnie do porozglądania się w sobie. Z „wyjścia na” do „wejścia do”. Po ostatniej trudnej rozmowie z lekarzami jestem z siebie dumna, że zachowałam trzeźwość umysłu i że wygląda na to, że jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że mogę umrzeć. Nie wypierać, nie oszukiwać się, wziąć na klatę i walczyć dalej.

Przeczytałam bardzo ważny artykuł w magazynie Zwierciadło. I bardzo przyjemny- o umieraniu. Przeczytałam go kilka razy, bo tyle z niego wypływało mądrych myśli, że nie dążyłam z łapaniem w ręce tym szlachetnych kamieni. Ponoć książka, która nie jest warta czytania po raz drugi, nie jest warta czytania po raz pierwszy. Temat umierania jest ostatnio na mojej liście TOP 10 ulubionych tematów do rozmów i to bynajmniej nie dlatego, że jestem pesymistką i malkontentką dla której śmierć jest szansą ucieczki z tego okropnego świata. Jest wręcz przeciwnie: kocham świat, kocham swoje życie. W obliczu ciężkiej choroby, w której śmierć przeistacza się z odległego wyobrażenia w rzeczywistość, która lada dzień może nastać, poczucie bliskość śmierci jest świetnym pretekstem aby pomyśleć o życiu. To źle, że śmierć jest tematem tabu, że nie chcemy o niej myśleć, zaprzepaszcza to nasze szanse zbliżenia się do życia, poczucia go bardziej, głębiej, esencjonalnej. O śmierci nie mówi się wcale, albo bardzo cichutko. To temat niepasujący do miłego spotkania przy kawie. Ba, o tym, że ktoś ciężko chory może umrzeć nie mówi się wcale a wcale, ani po cichutku, broń Boże! W naszej kulturze, w której dominuje kult młodości i piękna, śmierć zdaje się w ogóle nie istnieć. No może w grach komputerowych i w statystykach, ale jest anonimowa i odhumanizowana. W wielu ludziach żyje przekonanie, że aż do ostatniego tchu umierającego, trzeba okłamywać go, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że będzie żył. Ale dlaczego tym „dobrze” nie mogłaby być śmierć? Dlaczego tak bardzo jej się boimy? Śmierć jest synonimem straty, utraty życia- największej wartości. Okej, ale gdyby tak postrzegać umieranie jako zwyczajny etap życia i czas do rozwoju? Można pożegnać to, co było i przygotować się na nowe. Boimy się takiej zmiany, ale może kryć się za nią wielka ekscytacja, radość z przeżytego czasu, jakkolwiek byłby długi (zresztą chyba ważniejsze jest, aby życie było nie tyle długie, co szerokie). Radość, że się było, wdzięczność, że byli inni. Umrzeć z iskrą w oku, z uśmiechem na dwa kąciki. Jestem pewna, że to możliwe. Chcę tak.

Tymczasem kilka dni musze czekać w izolatce aż sprowadzą mi chemię. Ponoć to coś naprawdę mocnego i nie mają tego normalnie na stanie. Zaczynam się poważnie bać, bo pielęgniarki już teraz pompują mi do krwi różne kroplówki, które mają mnie wzmocnić i przygotować do przyjęcia chemioterapii mieloablacyjnej, czyli całkowicie niszczącej szpik. Czeka mnie prawdziwy test wytrzymałościowy.

To ciekawe, ale od pół roku, kiedy przyjeżdżam do szpitala, już po pierwszej tu spędzonej nocy wypadają mi włosy a jeszcze przecież nie przyjęłam leczenia. Sanitariuszki przebierają mi poduszkę obleczoną w sieć brązowych nitek. Przez kilka kolejnych dni stan mojej pościeli wygląda podobnie a potem wszystko mija. Nie wiem, czy to reakcja na stres, czy jak to sobie mam tłumaczyć. Może mój mózg dostaje jakiś podprogowy bodziec: „Ocho! Będzie chemia, rozpoczynamy operacje Wypadanie Włosów. Pip! Wypadanie Włosów jest aktywne.”

Myślę dużo o tym, co usłyszałam od lekarzy i o tym, że mogę umrzeć. Wydaje mi się, że jestem na miarę swoich możliwości pogodzona z tym, że być może będę musiała odejść, że mój plan radosnego, rodzinnego życia do późnej starości może nie wypalić . Bo zawsze są dwa uda- uda się albo się nie uda. Kiedy jednak myślę o śmierci nie wstrząsa mną strach. W każdym razie nie zanadto.

Jakieś pół roku temu robiłam porządki w szafie pozbywając się niepotrzebnych ubrań. Znalazłam tam swój stary czarny żakiet i spodnie- zestaw poczciwego maturzysty. Pomyślałam sobie, że choć jest ciut za mały to zostawię go sobie na wypadek, gdybym umarła. Ciuszek jak znalazł do trumny a to, że przyciasnawy też nie będzie stanowiło problemu, bo zapewne schudnę w terminalnej fazie choroby. Brzmi strasznie? Nie było w tym jednak żadnego żalu, smutku czy dłuższej zadumy. Podeszłam do tego praktycznie, odwiesiłam garsonkę z powrotem do szafy i sprzątałam dalej.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Wyprostowane plecy, drżące kolana


Jestem zakwalifikowana do alloprzeszczepu szpiku od dawcy niespokrewnionego. Dawca już znaleziony- jakiś Amerykanin. Nie cieszę się. Radość ze znalezienia dawcy wyparł strach przed przeszczepem. Nikt mnie nie był w stanie zapewnić, że wyjdę z niego cało, albo że chociaż jest duże tego  prawdopodobieństwo.  Leczenie chłoniaków alloprzeszczepem nie jest typową procedurą, ale też mój przypadek nie należy do typowych. Złośnica niszczy mnie od środka i niewiele robi sobie z tego, że ktoś ją próbuje spalić naświetlaniem czy otruć chemią a z mojego pozytywnego nastawienia śmieje mi się w twarz. Czuje, że powinnam się cieszyć, że będzie płynąć we mnie amerykańska krew, że dzięki temu dawcy będę miała szansę wyzdrowieć. Czuje, że powinnam lecz nie cieszę się wcale. Nie dość, że nie jest to nikt z mojego rodzeństwa, to jeszcze występuje jakaś większa niezgodność alleli co zwiększa ryzyko niepowodzenia przeszczepu. Przy czym niepowodzenie przeszczepu to nie mdłości i wymioty a śmierć. Może gdyby to był Polak nie Amerykanin, to byłaby większa szansa znalezienia bardziej zgodnego dawcy, bo ponoć mamy wspólną pulę genów w obrębie narodu. Niestety nasza polska baza potencjalnych dawców szpiku jest bardzo skromna i bliższa okazała się mi być Ameryka niż Polska. Wiem też, że jestem już tak wyeksploatowana przez długą i ciężką chemioterapię, że mój organizm może nie poradzić sobie z takim wyzwaniem. Nie chcę tego przeszczepu.

Proszę mamę, żeby pojechała do mojego szpitala i porozmawiała z lekarzami, czy ten przeszczep jest konieczny, czy aby na pewno…  Tak, znam odpowiedź- Tak pani Marzeno, jest konieczny, to ostatnie co może Pani pomóc. Mama jednak wróciła ze szpitala z nowymi wieściami- lekarze jeszcze raz rozpatrzą moją sytuację, może jeszcze raz zrobią mi autoprzeszczep. Sama nie wiem czego chce: autoprzeszczep jest nieporównywalnie bezpieczniejszy jednak w moim wypadku niezbyt skuteczny, alloprzeszczep jest dużo skuteczniejszy lecz niebezpieczny. Jedno jest pewne- bardzo chce mi się żyć.

Jestem w szpitalu. Idę do windy, ciągnę za sobą walizkę. Kazano mi się spakować na miesiąc- albo na allo albo na autoprzeszczep. Dzisiaj lekarze podejmą decyzję, co ze mną. Odwaliłam się jak bąk na święto kwiatów. Patrzę w lustro w windzie upewniając się, że dobrze wyglądam. Patrzę na twarz mamy, jest spięta, jej brwi zbliżyły się do siebie piętrząc górę . Pierwszy raz lekarze kazali jej przyjechać razem ze mną na rozmowę. - Boisz się? – Tak.

Wchodzimy do gabinetu na kwalifikacje, przed nami kilku lekarzy, mają poważne twarze, każą usiąść naprzeciwko. Pamiętam jak się bałam podczas ostatniej kwalifikacji do autoprzeszczepu. Teraz to już nie pierwszyzna, wiem czego się spodziewać, chce wiedzieć wszystko, mam sto pytań. Usiadłam, noga na nogę, obcasy, jarzeniowy makijaż, czerwone paznokcie i postawiony irokez z moich nowo wyrośniętych włosów przypominają mi, że jestem energią i odwagą. Czuje się przygotowana, jestem wyprostowana, skupiona i gotowa przyjąć wszystko na klatę.

Pokazuje swoje nowe wyniki badań. Trochę się poprawiło. Liczę, że lekarze przyjmą to z satysfakcją.
- Pani Marzeno, poprawiło się, ale to za mało. Nie możemy Pani dłużej dawać takiej ciężkiej chemii, bo prędzej Pani umrze z powodu jej powikłań niż z samej choroby. Walczymy już ponad rok, wygląda Pani świetnie ale to nic nie znaczy. Sama Pani wie, co się z Panią dzieję w środku, jakie ma już Pani problemy ze zdrowiem wynikające z ekspansywnej chemioterapii. Pani nowotwór jest oporny na leczenie, jest Pani w bardzo ciężkiej sytuacji, ale ma Pani kochającą rodzinę i przyjaciół, którzy chcieliby, żeby Pani żyła a my chcemy zrobić wszystko, żeby to się udało.

Od tego momentu uruchomiłam wszystkie mięśnie twarzy aby nie zadrżały, łuk brwi napięty, mięśnie żuchwy pracują nad utrzymaniem szczęki w bezruchu, prawa dłoń głaszczę lewą ku ukojeniu. Wytuszowane oko pilnuje, aby się nie rozmazać w łzie. Podnoszę się na krześle, z którego nie wiem kiedy zaczęłam zjeżdżać. Szukam języka w gębie.

W nieprzerwanym ataku lekarzy na moje złudne poczucie bezpieczeństwa we własnym ciele dowiedziałam się również, że moje szansę na pełne wyzdrowienie są bardzo niewielkie, że guz w śródpiersiu jest najgorszym w możliwych lokalizacji, że jestem nietypowym przypadkiem a z takimi przypadkami lekarze nie mają dużego doświadczenia. Biorę jednak ciosy na klatę. Tak postanowiłam. Najbardziej mi jednak żal matczynego serca siedzącego obok. Pewnie puchnie od zbyt silnych uderzeń.

Po 30 minutach rozmowy i moich stu pytaniach zadanych z wymuszonym na sobie spokojem postanowiono, że będę miała autoprzeszczep tandemiczny, czyli dwa autoprzeszczepy a pomiędzy nimi krótka, miesięczna przerwa. Dopiero po nich będę miała przeszczep od dawcy i jak twierdzą lekarze- to ostatnie, co może mi pomóc. Autoprzeszczepy mają mnie tylko dobrze przygotować pod allo, bo to właśnie ono jest moją ostatnią szansą na wyzdrowienie.

Zostaję na oddziale. Żegnam się z mamą. Głaskamy się, całujemy, ściskamy, chwila na spojrzenie sobie w oczy, uśmiech, później powtórka tego czułego rytuału. Trzeba się wykochać na zapas. Na miesiąc.


Tymczasem, proszę- zainteresujcie się tematem dawstwa szpiku: http://szpik.info/ To bardzo ważne, aby nasza baza potencjalnych dawców była jak najbogatsza. Choroba spada na człowieka jak grom z jasnego nieba i wtedy może się okazać, że to właśnie dzięki Wam ktoś będzie mógł przeżyć to uderzenie. Mam szczęście, że znaleziono dla mnie dawcę, nie wszyscy jednak je mają. 

poniedziałek, 22 października 2012

Piszę tylko aby powiedzieć, że nadal żyję. Nuda, nie? ;) Kolejny miesiąc spędziłam w szpitalu a później trzeba było wziąć się w garść a to trochę trwało. Jak znajdę więcej czasu to się odezwę, a czasu na pisanie będę potrzebowała dużo bo cierpię na niezwięzłość ;) Do zaś!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Ostra jazda bez furmanki


Jestem w domu, wieszam z mamą pranie. W trzęsących się dłoniach skarpetka bez pary. Boję się- bo jutro izolatka i autoprzeszczep szpiku, bo miesiąc w samotni, bo znowu chemia- jej boję się najbardziej, ratuje mnie i sponiewiera. Antagonistyczne uczucia strachu i nadziei wprawiają kolana w drżenie. Milczymy. Słychać trzaski rozprostowującego się w powietrzu prześcieradła. Przecinam milczenie.
- Mamuś, boję się.
- Nie bój się.
Potem słyszałam już tylko jak mama w uścisku głaszczę mnie po plecach. Przylgnęłyśmy do siebie a po jej policzkach spływają moje łzy. No już już, wystarczy, pranie czeka.

Zdarzyło się jutro. Jestem w przychodni, czekam w kolejce. Jakaś kobieta mi się przygląda, podchodzi...

Ona - Poznajesz mnie?
Ja- (gram pauzą)
Ona- Leżałyśmy razem na czwórce. Z Anką, tą rudą. Pamiętasz ją?
Ja- A no! Już mnie olśniło. Ankę? Jasne, że pamiętam, moją pierwszą chemię spędziłam z nią!
Ona- Słyszałaś, że zmarła?  Nie doczekała się przeszczepu, jakaś infekcja czy coś…

Skamieniałam. Twarz pokerzysty osadzona na sztywnym tułowiu a ten na dwóch drżących kolumnach nóg. Żuchwa się wysila, żeby nie zadrżeć jak dziecku, któremu kazano iść do kąta.

Woła mnie sekretarka, pośpiesznie się żegnam, podpisuję jakieś dokumenty. Składam autograf pod klauzurą, że w razie mojej śmierci dokumenty medyczne przekazać temu i temu, dzwonić tu i tu… I tak dalej. Rutyna.

Przebieram się w szatni w piżamę i szlafrok, szybko szybko bo pielęgniarka na mnie czeka. Zaprowadzi mnie na oddział.
Pielęgniarka- Pani pierwszy raz?
Ja- (unoszę oburącz perukę i się zaśmiewam)
Pielęgniarka- A! Marzenka! W życiu bym się nie zorientowała, że to peruka! Chodźmy już.

Moje trzy metry kwadratowe zrobiły na mnie dobre wrażenie. Jasno, czysto, duże okno, z łóżka widać niebo, jest słonecznie. Duży filtr powietrza z lampą antybakteryjną dają mi poczucie bezpieczeństwa. Nad głową panel z pilotem- zielony guzik- wzywam pielęgniarkę, niebieski- zapalam światło. Krzesło i stolik- do posiłkowania się i pisania listów. Po dwóch tygodniach przebywania z Panią Krysią cieszę się, że spędzę miesiąc sama. Mogę gasić światło kiedy chcę, mogę nie oglądać telewizji cały dzień i nie słuchać narzekania. Tak, to mój pokoik i cieszę się, że jestem sama. Potrzebna mi cisza.

Przebieram kulki na różańcu a każdą za Ankę- weź ją Boże do siebie. Przeglądam sms-y od niej. Teraz czytam je inaczej, staranniej. Tak, ona wiedziała, że umrze. Dyskretnie i na raty mnie o tym informowała. Pamiętam rozmowy z nią i biały uśmiech kiedy opowiadała mi jak poznała męża. Pamiętam jej słony blask na oku, kiedy mówiła o tym, że żałuje, że tyle rzeczy zostawiła na później. Jej głośny śmiech i cięty żart- kroiła mnie nim na ćwiartki a ja nie mogłam pozbierać się do kupy. O kupach zresztą też rozmawiałyśmy. Natrząsałyśmy się jedna z drugiej a kiedy trzeba było- dokładałyśmy kulki z łez do pacierza.

Zaczęłam rozmyślać o wszystkich osobach, które poznałam w szpitalu. Zwłaszcza o Karolinie- nie odpisuje mi na wiadomości już 2 miesiące. Martwię się, zadręczam, rwę płatki ze stokrotki: żyje- nie żyje, żyje- nie żyję. Karolina ma 18 lat, ma też psa, siostrę, dystans do siebie i białaczkę w parze z guzem mózgu. Malowała markerem kwiaty na mojej łysej głowie i znała mnóstwo dowcipów, więc wymieniałyśmy się repertuarami. Najbardziej rozbawiła mnie tym:
Karolina- Znasz kawał „Nie ja też nie”?
Ja- Nie…
Karolina- Nie? Ja też nie… Kumasz?
Ja- Nie…
Karolina- Nie? Ja też nie.

Albo jej autorefleksja odnośnie komunikowania się z mamą: „Moja mama często myśli, że ja już to wszystko wiem i wszystko rozumiem a ja naprawdę często nie rozumiem najprostszych rzeczy.” Urocza jest.

Nie wytrzymam. Szukam kontaktu do jej siostry. Niech tylko mi powie, że z Karoliną jest okej. Piszę maila. Czekam na odpowiedź, odświeżam stronę co 5 sekund. Jest! Siostra Karoliny piszę w jej imieniu- „Karolina jest bardzo słaba, nie ma sił na pisanie, szukamy dla niej leczenia za granicą. Pozdrawia Cię”. Ulżyło mi- Karolina żyje. Żyj, żyj, żyj- błagam w myślach.

Koniec tęsknot i wspomnień- czas na realizację programu wszystkich atrakcji, które przewidzieli dla mnie lekarze.

Scena pierwsza: Leżanka, moja obnażona pierś, oko widzi wielką igłę. Zaczyna się zakładanie wejście centralnego.

Lekarz - Proszę odwrócić głowę.
Ja- Chcę patrzeć. Ta igła ma z dwadzieścia centymetrów!
Lekarz- Bez przesady, piętnaście. Proszę odwrócić głowę.

Uspokoił mnie, cóż to jest bowiem piętnaście centymetrów. Zastrzyk ze znieczuleniem, jeden ruch skalpelem i już- giętka igła puszczona zostaję w moją żyłę pod obojczykiem. Nie trafia od razu tam gdzie powinna, błąka się po klatce piersiowej, czuję jak przesuwa mi się z prawej do lewej strony. Układa się poziomo a powinnam pionowo, do dołu. Już! Rachu ciachu i po strachu. Okazało się, że niepotrzebnie roniłam teatralne łzy, bo prawie nie bolało. Najtrudniejsze było jednak płakanie bez poruszania szczęką i zaciągania się łzami. Nie mogłam, nie wolno było mi się ruszać. Jedyny ruch jaki wykonałam to otwarcie ust proszących o podrapanie mnie po nosie. Po wszystkim pielęgniarki musiały zdzierać przylepioną do moich pleców papierową matę na której leżałam. Tak oblałam się potem, że wyglądałam jak mokra ryba na placku tortilli. Igła- czuje ją przy każdym ruchu, będzie mi towarzyszyła przez cały mój pobyt tutaj i spać na brzuchu mi nie pozwoli. Do niej podłączone są dwa kabelki- jednym będzie mi podawana chemia, drugim pobierana krew do badań. Wyglądam, jakbym mogła się podpiąć do sieci.

Wysokodawkowana chemia, którą dostałam nie była najgorszą. Mniej omdleń niż ostatnio, mniej krwi z nosa, ból brzucha na tyle znośny, że nie musiałam zwijać się w kłębek. Jest jednak coś nowego- odkryłam nowy rodzaj fizjologicznej obfitości- biegunka dla zaawansowanych, czyli taka, której towarzyszą dreszcze i wymioty i po której się mdleję. Łupnięcie głową o umywalkę szybko mnie jednak cuciło. Światłowstręt dało się regulować suwakiem w żaluzjach a głód spowodowany niemożnością zjedzenia czegokolwiek zaspokajałam oglądając w telewizji reklamy sosów oblewających soczystą wołowinę. Kolejnym krokiem było powstrzymywanie ślinotoku. Do głównych moich rozrywek zaliczałam jednak podsłuchiwanie świata wewnątrzjelitowego- stetoskop zostawiony w sali towarzyszył mi w podróży dźwiękowej po zakrętach jelita cienkiego. Różnego typu bulgotanie, chrobotanie, musowanie i syczenie uzmysławiało mnie, jak wiele dzieję się poza zasięgiem mojego wzroku i słuchu i jak bujne życie prowadzą kosmki jelitowe.

Sam autoprzeszczep szpiku okazał się technicznie bardzo prostą procedurą. Zamiast kroplówki podłączyli mi do wejścia centralnego woreczek z pomarańczowym płynem przypominającym kawior, w którym to rzekomo pływał mój wcześniej odseparowany szpik. Choć wszystko dostawało się bezpośrednio do żyły, ja w ustach czułam mydło połączone ze słonym Bałtykiem. 15 minut i gotowe. Liczyłam na coś bardziej spektakularnego. Teraz czekam aż mój nowy szpik się zadomowi i zacznie spełniać swoje funkcje. Trwa to dwa tygodnie…

No i przyszedł dzień ostatni! Żyję! Za chwilę wychodzę, czekam jeszcze na swoją lekarkę- ma mi przynieś wyniki tomografii komputerowej, którą miałam tutaj zrobioną w międzyczasie. Trochę się boję, ale jestem podekscytowana. W końcu ten cały autoprzeszczep i megachemia, którą dostałam miała rozprawić się z niechcianym gościem na amen. Wchodzi lekarka, jej mina rozbija moją nadzieję na drobne kawałeczki. – "Pani Marzeno, nie jest dobrze. Nie ma żadnej poprawy, spotykamy się za miesiąc na kolejnej chemii. Prawdopodobnie będziemy szukać dla Pani dawcy szpiku". Z oczu popłynął mi strumień rozczarowania i żalu. Jak to możliwe, że nic nie pomaga?! Strach rozdygotał mięśnie moich wszystkich kończyn, ciało leżało na łóżku i udawało, że mu cholernie zimno.

Wróciłam do domu. Ledwo trzymam się na wacianych nogach. Biorę wypis ze szpitala do rąk i czytam: „Z powodu progresji choroby (…)” i jeszcze  „zmiany na wątrobie”. Jak to? Przecież powiedzieli mi, że nie ma poprawy a nie że jest pogorszenie! I jakie zmiany na wątrobie?! Dalej nie potrafiłam czytać przez nawarstwiające się tafle wody na oku. Pewnie się pomylili, coś źle napisali. Dzwonie się upewnić. Dzwonię od godziny, od dwóch… Nikt nie odbiera. Wypis drży w ręce.

Nie dodzwoniłam się. Resztę dnia udaje przed rodzicami, że nic się złego nie dzieję. W końcu jaką mam pewność, że ktoś się nie pomylił na wypisie? Nie śpię całą noc.

Kolejnego dnia ponawiam próbę, tym razem się udaję:
Ja- To prawda co jest napisane w wypisie? Że jest progresja? Że mam zajętą wątrobę? – wyjąkałam.
Lekarka- Niestety Pani Marzeno.

I tak zaczyna się kolejny level mojej przygody...

sobota, 11 sierpnia 2012

Winny się tłumaczy


Moi drodzy- jestem Wam winna przeprosiny i kilka słów wyjaśnień. Nie odzywałam się prawie 3 miesiące. W tym czasie mogłam:
a)     Obiec kulę ziemską;
b)    Zwiedzić Księżyc;
c)     Uratować świat przed zagładą;
d)    Wziąć i umrzeć.

Niestety punktów od „a” do „c” nie udało mi się zrealizować a o punkt „d” tylko się otarłam- albo tak mi się wydawało, bo mam bujną wyobraźnię. Ocieranie się o śmierć, to dość popularne zajęcie zarówno w filmach z Brusem Willisem jak i na oddziale hematologii. I choć ocieractwo to zboczenie, to uprawiałam je jawnie a czasem na oczach gapiów, którzy z kolei uprawiali podglądactwo. Jeszcze intensywniej ocierałam się jednak o życie.

W ciągu tych trzech miesięcy wydarzyło się tyle, że część wydarzeń, na które mogłabym poświęcić osobny post muszę zamknąć w krótkim wtrąceniu, gdzieś za linią marginesu. W ciągu tych trzech miesięcy:
a)     Mój pasożyt uodpornił się na podawaną mu chemię;
b)    Okazało się, że badanie per rectum nie jest takie straszne;
c)     Nie umówiłam się z urodziwym listonoszem;
d)    Nauczyłam się w ciągu pięciu sekund zakładać włosy japońskiej produkcji i malować oczy tak, żeby wydawało się, że mam rzęsy;
e)     Poznałam granicę bólu;
f)      Przeszłam dziesiąty poziom w Mario Bros

Nawiązałam również nowe znajomości. Taką szczególnie zapadającą w pamięć osobą była Pani Krysia…

Z Panią Krysią przyszło mi współpracować w ramach integracji międzypokoleniowej. Poznałyśmy się w sali- ja czekałam na wysokodawkowaną chemię przygotowującą mnie do autoprzeszczepu szpiku kostnego, Ona czekała na najgorsze. Pani Krysia jest emerytowaną czarnowidzką, czyta poważne gazety, ogląda Teletubisie i wie lepiej. Czeka nas wspólne dwa tygodnie na oddziale. Obie dostajemy chemię: ja swoją najgorszą w życiu, Pani Krysia najgorszą na świecie.

Chemia, którą przyjmowałam poszerzyła mój horyzont doświadczeń fizjologicznych. W ciągu tych dwóch tygodni dowiedziałam się, co znaczy: zemdleć, ocknąć się by znów zemdleć, płakać z bólu, wyć z bólu, wymiotować żółcią lub tylko udawać, że wymiotuję, bo nie było już czym, więc pozostał tylko odruch. Wiem również jak to jest walnąć głową w umywalkę, czołgać się, tamować krew z nosa, nie jeść kilka dni, spać z miską przy głowie, wiem też jak to jest nie zdążyć do ubikacji i co znaczy chodzić po ścianie. Łazienka staję się świątynią, w której mogę się pomodlić o ulgę i rozpłakać do lustra, jest miejscem fizjologicznych katuszy i jedynym pomieszczeniem, gdzie mogę bez krępacji wpadać w panikę i rozpacz.

Obecność Pani Krysi wcale nie przynosiła mi ulgi. Pani Krysia uznała, że skoro mają jej wypaść włosy to nie będzie ich myła przez cały pobyt i nie opłaca się brać prysznica, bo przecież i tak jej tu nikt nie odwiedza. Mojemu bardzo wrażliwemu podczas chemioterapii węchowi nie umknęły te szczegóły. Pani Krysia wiernie towarzyszyła mi w niezdążaniu do ubikacji, uznała jednak, że nie opłaca się prać bielizny skoro za chwilę i tak sytuacja się powtórzy. Wieszała więc bieliznę na kaloryferze, wiec resztę dnia spędzałyśmy w oparach kwasu moczowego. Byłam tak słaba, że nie miałam sił nawet się odezwać, Pani Krysia na wszystko dostała moje milczące przyzwolenie. W całym dramatyzmie sytuacji i tak najbardziej poszkodowany był mąż Pani Krysi. Pani Krysia wyjątkowo dobrze znosiła chemię- nie wymiotowała, nie czuła się nawet słabo, oglądało cały dzień telewizję na maksymalnej głośności i komentowała komentatorów. Potrafiła jeszcze opowiadać godzinami jak to ma w życiu najgorzej. Kiedy jednak dzwonił do niej zatroskany mąż ta zmyślałam historię- że prawie nie umarła, że czuje, jak jej serce słabnie i zaraz przestanie bić, że ta chemią ją zabije, że ona tego nie przeżyje… Mąż w szloch tak silny wpadł, że nawet ja słyszałam jego płacz do słuchawki. Pani Krysia poruszona jego wrażliwością postanowiła go pocieszyć- „Kochania, nie płacz, bo podnosi mi się od tego ciśnienie i zaraz mogę dostać zawału. Nie płacz, bo mi to i tak nie pomoże, ja i tak tu umrę a Ty zostaniesz sam.” Żeby ubarwić scenę powiedziała również, że tu taka dziewczyna młoda leży, która też już jest na wyczerpaniu i długo nie pociągnie. Pociągnę pociągnę, zwymiotuje żołądek, ale przeżyje.

Kiedy po tygodniu leżenia poczułam się lepiej, postanowiłam usiąść i popatrzeć za okno. Odkryłam wówczas, że po dachach starych kamienic przechadza się kominiarz, był do dla mnie tak interesujący widok, że postanowiłam podzielić się wrażeniami z Panią Krysią. Ta jednak szybko uprzedziła mnie o niebezpieczeństwie: - „Dziecko! Nie patrz na niego! Kominiarz pecha przynosi! Strasznego!”. Na moje niedowierzanie i próbę dyskusji o zabobonach skwitowała: „Wiem co mówię! Kiedyś przez drogę przeleciał mi czarny kot i dwa tygodnie później samochód potrącił kuzynkę szwagra jej sąsiadki. Ledwo uszła z życiem…”.  Na takie argumenty trudno znaleźć kontrę… Później były rozmowy o życiu. Pani Krysia była najbardziej doświadczoną przez los osobą na świecie:

Pani Krysia- Mnie zawsze musi spotykać najgorsze. Moja wnuczka wychodzi niebawem za mąż a ja pewnie tego nie dożyję. Mąż ma chore stawy, mnie boli kręgosłup, u nas same nieszczęścia… Jeszcze tyle przede mną, w końcu miałam mieć spokój na emeryturze,  los miał się odmienić, mam rodzinę i dom a tu przyszło mi umierać i żegnać się…
Ja- A co ja mam powiedzieć w takim razie? Mam 25 lat i całe życie przed sobą.
Pani Krysia - Ja mam i tak gorzej, bo Pani przynajmniej nie wie co straci.

Dostałam między oczy i to bez użycia narzędzi obuchowym.
Spuszczając kurtynę w dół chciałam Was przeprosić za to, że nie dawałam znaków życia. Nie zaglądam ostatnio często na bloga- nie lubię spędzać czasu przed komputerem, czuję, że komputer mnie z niego okrada a to mogą być moje ostatnie oszczędności. Dopiero Wasze maile uświadomiły mnie, że czekacie i martwicie się. Dziękuję Wam za nie! I obiecuję pisać przynajmniej raz w miesiącu choćby po to, aby powiedzieć, że żyję J