poniedziałek, 22 października 2012

Piszę tylko aby powiedzieć, że nadal żyję. Nuda, nie? ;) Kolejny miesiąc spędziłam w szpitalu a później trzeba było wziąć się w garść a to trochę trwało. Jak znajdę więcej czasu to się odezwę, a czasu na pisanie będę potrzebowała dużo bo cierpię na niezwięzłość ;) Do zaś!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Ostra jazda bez furmanki


Jestem w domu, wieszam z mamą pranie. W trzęsących się dłoniach skarpetka bez pary. Boję się- bo jutro izolatka i autoprzeszczep szpiku, bo miesiąc w samotni, bo znowu chemia- jej boję się najbardziej, ratuje mnie i sponiewiera. Antagonistyczne uczucia strachu i nadziei wprawiają kolana w drżenie. Milczymy. Słychać trzaski rozprostowującego się w powietrzu prześcieradła. Przecinam milczenie.
- Mamuś, boję się.
- Nie bój się.
Potem słyszałam już tylko jak mama w uścisku głaszczę mnie po plecach. Przylgnęłyśmy do siebie a po jej policzkach spływają moje łzy. No już już, wystarczy, pranie czeka.

Zdarzyło się jutro. Jestem w przychodni, czekam w kolejce. Jakaś kobieta mi się przygląda, podchodzi...

Ona - Poznajesz mnie?
Ja- (gram pauzą)
Ona- Leżałyśmy razem na czwórce. Z Anką, tą rudą. Pamiętasz ją?
Ja- A no! Już mnie olśniło. Ankę? Jasne, że pamiętam, moją pierwszą chemię spędziłam z nią!
Ona- Słyszałaś, że zmarła?  Nie doczekała się przeszczepu, jakaś infekcja czy coś…

Skamieniałam. Twarz pokerzysty osadzona na sztywnym tułowiu a ten na dwóch drżących kolumnach nóg. Żuchwa się wysila, żeby nie zadrżeć jak dziecku, któremu kazano iść do kąta.

Woła mnie sekretarka, pośpiesznie się żegnam, podpisuję jakieś dokumenty. Składam autograf pod klauzurą, że w razie mojej śmierci dokumenty medyczne przekazać temu i temu, dzwonić tu i tu… I tak dalej. Rutyna.

Przebieram się w szatni w piżamę i szlafrok, szybko szybko bo pielęgniarka na mnie czeka. Zaprowadzi mnie na oddział.
Pielęgniarka- Pani pierwszy raz?
Ja- (unoszę oburącz perukę i się zaśmiewam)
Pielęgniarka- A! Marzenka! W życiu bym się nie zorientowała, że to peruka! Chodźmy już.

Moje trzy metry kwadratowe zrobiły na mnie dobre wrażenie. Jasno, czysto, duże okno, z łóżka widać niebo, jest słonecznie. Duży filtr powietrza z lampą antybakteryjną dają mi poczucie bezpieczeństwa. Nad głową panel z pilotem- zielony guzik- wzywam pielęgniarkę, niebieski- zapalam światło. Krzesło i stolik- do posiłkowania się i pisania listów. Po dwóch tygodniach przebywania z Panią Krysią cieszę się, że spędzę miesiąc sama. Mogę gasić światło kiedy chcę, mogę nie oglądać telewizji cały dzień i nie słuchać narzekania. Tak, to mój pokoik i cieszę się, że jestem sama. Potrzebna mi cisza.

Przebieram kulki na różańcu a każdą za Ankę- weź ją Boże do siebie. Przeglądam sms-y od niej. Teraz czytam je inaczej, staranniej. Tak, ona wiedziała, że umrze. Dyskretnie i na raty mnie o tym informowała. Pamiętam rozmowy z nią i biały uśmiech kiedy opowiadała mi jak poznała męża. Pamiętam jej słony blask na oku, kiedy mówiła o tym, że żałuje, że tyle rzeczy zostawiła na później. Jej głośny śmiech i cięty żart- kroiła mnie nim na ćwiartki a ja nie mogłam pozbierać się do kupy. O kupach zresztą też rozmawiałyśmy. Natrząsałyśmy się jedna z drugiej a kiedy trzeba było- dokładałyśmy kulki z łez do pacierza.

Zaczęłam rozmyślać o wszystkich osobach, które poznałam w szpitalu. Zwłaszcza o Karolinie- nie odpisuje mi na wiadomości już 2 miesiące. Martwię się, zadręczam, rwę płatki ze stokrotki: żyje- nie żyje, żyje- nie żyję. Karolina ma 18 lat, ma też psa, siostrę, dystans do siebie i białaczkę w parze z guzem mózgu. Malowała markerem kwiaty na mojej łysej głowie i znała mnóstwo dowcipów, więc wymieniałyśmy się repertuarami. Najbardziej rozbawiła mnie tym:
Karolina- Znasz kawał „Nie ja też nie”?
Ja- Nie…
Karolina- Nie? Ja też nie… Kumasz?
Ja- Nie…
Karolina- Nie? Ja też nie.

Albo jej autorefleksja odnośnie komunikowania się z mamą: „Moja mama często myśli, że ja już to wszystko wiem i wszystko rozumiem a ja naprawdę często nie rozumiem najprostszych rzeczy.” Urocza jest.

Nie wytrzymam. Szukam kontaktu do jej siostry. Niech tylko mi powie, że z Karoliną jest okej. Piszę maila. Czekam na odpowiedź, odświeżam stronę co 5 sekund. Jest! Siostra Karoliny piszę w jej imieniu- „Karolina jest bardzo słaba, nie ma sił na pisanie, szukamy dla niej leczenia za granicą. Pozdrawia Cię”. Ulżyło mi- Karolina żyje. Żyj, żyj, żyj- błagam w myślach.

Koniec tęsknot i wspomnień- czas na realizację programu wszystkich atrakcji, które przewidzieli dla mnie lekarze.

Scena pierwsza: Leżanka, moja obnażona pierś, oko widzi wielką igłę. Zaczyna się zakładanie wejście centralnego.

Lekarz - Proszę odwrócić głowę.
Ja- Chcę patrzeć. Ta igła ma z dwadzieścia centymetrów!
Lekarz- Bez przesady, piętnaście. Proszę odwrócić głowę.

Uspokoił mnie, cóż to jest bowiem piętnaście centymetrów. Zastrzyk ze znieczuleniem, jeden ruch skalpelem i już- giętka igła puszczona zostaję w moją żyłę pod obojczykiem. Nie trafia od razu tam gdzie powinna, błąka się po klatce piersiowej, czuję jak przesuwa mi się z prawej do lewej strony. Układa się poziomo a powinnam pionowo, do dołu. Już! Rachu ciachu i po strachu. Okazało się, że niepotrzebnie roniłam teatralne łzy, bo prawie nie bolało. Najtrudniejsze było jednak płakanie bez poruszania szczęką i zaciągania się łzami. Nie mogłam, nie wolno było mi się ruszać. Jedyny ruch jaki wykonałam to otwarcie ust proszących o podrapanie mnie po nosie. Po wszystkim pielęgniarki musiały zdzierać przylepioną do moich pleców papierową matę na której leżałam. Tak oblałam się potem, że wyglądałam jak mokra ryba na placku tortilli. Igła- czuje ją przy każdym ruchu, będzie mi towarzyszyła przez cały mój pobyt tutaj i spać na brzuchu mi nie pozwoli. Do niej podłączone są dwa kabelki- jednym będzie mi podawana chemia, drugim pobierana krew do badań. Wyglądam, jakbym mogła się podpiąć do sieci.

Wysokodawkowana chemia, którą dostałam nie była najgorszą. Mniej omdleń niż ostatnio, mniej krwi z nosa, ból brzucha na tyle znośny, że nie musiałam zwijać się w kłębek. Jest jednak coś nowego- odkryłam nowy rodzaj fizjologicznej obfitości- biegunka dla zaawansowanych, czyli taka, której towarzyszą dreszcze i wymioty i po której się mdleję. Łupnięcie głową o umywalkę szybko mnie jednak cuciło. Światłowstręt dało się regulować suwakiem w żaluzjach a głód spowodowany niemożnością zjedzenia czegokolwiek zaspokajałam oglądając w telewizji reklamy sosów oblewających soczystą wołowinę. Kolejnym krokiem było powstrzymywanie ślinotoku. Do głównych moich rozrywek zaliczałam jednak podsłuchiwanie świata wewnątrzjelitowego- stetoskop zostawiony w sali towarzyszył mi w podróży dźwiękowej po zakrętach jelita cienkiego. Różnego typu bulgotanie, chrobotanie, musowanie i syczenie uzmysławiało mnie, jak wiele dzieję się poza zasięgiem mojego wzroku i słuchu i jak bujne życie prowadzą kosmki jelitowe.

Sam autoprzeszczep szpiku okazał się technicznie bardzo prostą procedurą. Zamiast kroplówki podłączyli mi do wejścia centralnego woreczek z pomarańczowym płynem przypominającym kawior, w którym to rzekomo pływał mój wcześniej odseparowany szpik. Choć wszystko dostawało się bezpośrednio do żyły, ja w ustach czułam mydło połączone ze słonym Bałtykiem. 15 minut i gotowe. Liczyłam na coś bardziej spektakularnego. Teraz czekam aż mój nowy szpik się zadomowi i zacznie spełniać swoje funkcje. Trwa to dwa tygodnie…

No i przyszedł dzień ostatni! Żyję! Za chwilę wychodzę, czekam jeszcze na swoją lekarkę- ma mi przynieś wyniki tomografii komputerowej, którą miałam tutaj zrobioną w międzyczasie. Trochę się boję, ale jestem podekscytowana. W końcu ten cały autoprzeszczep i megachemia, którą dostałam miała rozprawić się z niechcianym gościem na amen. Wchodzi lekarka, jej mina rozbija moją nadzieję na drobne kawałeczki. – "Pani Marzeno, nie jest dobrze. Nie ma żadnej poprawy, spotykamy się za miesiąc na kolejnej chemii. Prawdopodobnie będziemy szukać dla Pani dawcy szpiku". Z oczu popłynął mi strumień rozczarowania i żalu. Jak to możliwe, że nic nie pomaga?! Strach rozdygotał mięśnie moich wszystkich kończyn, ciało leżało na łóżku i udawało, że mu cholernie zimno.

Wróciłam do domu. Ledwo trzymam się na wacianych nogach. Biorę wypis ze szpitala do rąk i czytam: „Z powodu progresji choroby (…)” i jeszcze  „zmiany na wątrobie”. Jak to? Przecież powiedzieli mi, że nie ma poprawy a nie że jest pogorszenie! I jakie zmiany na wątrobie?! Dalej nie potrafiłam czytać przez nawarstwiające się tafle wody na oku. Pewnie się pomylili, coś źle napisali. Dzwonie się upewnić. Dzwonię od godziny, od dwóch… Nikt nie odbiera. Wypis drży w ręce.

Nie dodzwoniłam się. Resztę dnia udaje przed rodzicami, że nic się złego nie dzieję. W końcu jaką mam pewność, że ktoś się nie pomylił na wypisie? Nie śpię całą noc.

Kolejnego dnia ponawiam próbę, tym razem się udaję:
Ja- To prawda co jest napisane w wypisie? Że jest progresja? Że mam zajętą wątrobę? – wyjąkałam.
Lekarka- Niestety Pani Marzeno.

I tak zaczyna się kolejny level mojej przygody...

sobota, 11 sierpnia 2012

Winny się tłumaczy


Moi drodzy- jestem Wam winna przeprosiny i kilka słów wyjaśnień. Nie odzywałam się prawie 3 miesiące. W tym czasie mogłam:
a)     Obiec kulę ziemską;
b)    Zwiedzić Księżyc;
c)     Uratować świat przed zagładą;
d)    Wziąć i umrzeć.

Niestety punktów od „a” do „c” nie udało mi się zrealizować a o punkt „d” tylko się otarłam- albo tak mi się wydawało, bo mam bujną wyobraźnię. Ocieranie się o śmierć, to dość popularne zajęcie zarówno w filmach z Brusem Willisem jak i na oddziale hematologii. I choć ocieractwo to zboczenie, to uprawiałam je jawnie a czasem na oczach gapiów, którzy z kolei uprawiali podglądactwo. Jeszcze intensywniej ocierałam się jednak o życie.

W ciągu tych trzech miesięcy wydarzyło się tyle, że część wydarzeń, na które mogłabym poświęcić osobny post muszę zamknąć w krótkim wtrąceniu, gdzieś za linią marginesu. W ciągu tych trzech miesięcy:
a)     Mój pasożyt uodpornił się na podawaną mu chemię;
b)    Okazało się, że badanie per rectum nie jest takie straszne;
c)     Nie umówiłam się z urodziwym listonoszem;
d)    Nauczyłam się w ciągu pięciu sekund zakładać włosy japońskiej produkcji i malować oczy tak, żeby wydawało się, że mam rzęsy;
e)     Poznałam granicę bólu;
f)      Przeszłam dziesiąty poziom w Mario Bros

Nawiązałam również nowe znajomości. Taką szczególnie zapadającą w pamięć osobą była Pani Krysia…

Z Panią Krysią przyszło mi współpracować w ramach integracji międzypokoleniowej. Poznałyśmy się w sali- ja czekałam na wysokodawkowaną chemię przygotowującą mnie do autoprzeszczepu szpiku kostnego, Ona czekała na najgorsze. Pani Krysia jest emerytowaną czarnowidzką, czyta poważne gazety, ogląda Teletubisie i wie lepiej. Czeka nas wspólne dwa tygodnie na oddziale. Obie dostajemy chemię: ja swoją najgorszą w życiu, Pani Krysia najgorszą na świecie.

Chemia, którą przyjmowałam poszerzyła mój horyzont doświadczeń fizjologicznych. W ciągu tych dwóch tygodni dowiedziałam się, co znaczy: zemdleć, ocknąć się by znów zemdleć, płakać z bólu, wyć z bólu, wymiotować żółcią lub tylko udawać, że wymiotuję, bo nie było już czym, więc pozostał tylko odruch. Wiem również jak to jest walnąć głową w umywalkę, czołgać się, tamować krew z nosa, nie jeść kilka dni, spać z miską przy głowie, wiem też jak to jest nie zdążyć do ubikacji i co znaczy chodzić po ścianie. Łazienka staję się świątynią, w której mogę się pomodlić o ulgę i rozpłakać do lustra, jest miejscem fizjologicznych katuszy i jedynym pomieszczeniem, gdzie mogę bez krępacji wpadać w panikę i rozpacz.

Obecność Pani Krysi wcale nie przynosiła mi ulgi. Pani Krysia uznała, że skoro mają jej wypaść włosy to nie będzie ich myła przez cały pobyt i nie opłaca się brać prysznica, bo przecież i tak jej tu nikt nie odwiedza. Mojemu bardzo wrażliwemu podczas chemioterapii węchowi nie umknęły te szczegóły. Pani Krysia wiernie towarzyszyła mi w niezdążaniu do ubikacji, uznała jednak, że nie opłaca się prać bielizny skoro za chwilę i tak sytuacja się powtórzy. Wieszała więc bieliznę na kaloryferze, wiec resztę dnia spędzałyśmy w oparach kwasu moczowego. Byłam tak słaba, że nie miałam sił nawet się odezwać, Pani Krysia na wszystko dostała moje milczące przyzwolenie. W całym dramatyzmie sytuacji i tak najbardziej poszkodowany był mąż Pani Krysi. Pani Krysia wyjątkowo dobrze znosiła chemię- nie wymiotowała, nie czuła się nawet słabo, oglądało cały dzień telewizję na maksymalnej głośności i komentowała komentatorów. Potrafiła jeszcze opowiadać godzinami jak to ma w życiu najgorzej. Kiedy jednak dzwonił do niej zatroskany mąż ta zmyślałam historię- że prawie nie umarła, że czuje, jak jej serce słabnie i zaraz przestanie bić, że ta chemią ją zabije, że ona tego nie przeżyje… Mąż w szloch tak silny wpadł, że nawet ja słyszałam jego płacz do słuchawki. Pani Krysia poruszona jego wrażliwością postanowiła go pocieszyć- „Kochania, nie płacz, bo podnosi mi się od tego ciśnienie i zaraz mogę dostać zawału. Nie płacz, bo mi to i tak nie pomoże, ja i tak tu umrę a Ty zostaniesz sam.” Żeby ubarwić scenę powiedziała również, że tu taka dziewczyna młoda leży, która też już jest na wyczerpaniu i długo nie pociągnie. Pociągnę pociągnę, zwymiotuje żołądek, ale przeżyje.

Kiedy po tygodniu leżenia poczułam się lepiej, postanowiłam usiąść i popatrzeć za okno. Odkryłam wówczas, że po dachach starych kamienic przechadza się kominiarz, był do dla mnie tak interesujący widok, że postanowiłam podzielić się wrażeniami z Panią Krysią. Ta jednak szybko uprzedziła mnie o niebezpieczeństwie: - „Dziecko! Nie patrz na niego! Kominiarz pecha przynosi! Strasznego!”. Na moje niedowierzanie i próbę dyskusji o zabobonach skwitowała: „Wiem co mówię! Kiedyś przez drogę przeleciał mi czarny kot i dwa tygodnie później samochód potrącił kuzynkę szwagra jej sąsiadki. Ledwo uszła z życiem…”.  Na takie argumenty trudno znaleźć kontrę… Później były rozmowy o życiu. Pani Krysia była najbardziej doświadczoną przez los osobą na świecie:

Pani Krysia- Mnie zawsze musi spotykać najgorsze. Moja wnuczka wychodzi niebawem za mąż a ja pewnie tego nie dożyję. Mąż ma chore stawy, mnie boli kręgosłup, u nas same nieszczęścia… Jeszcze tyle przede mną, w końcu miałam mieć spokój na emeryturze,  los miał się odmienić, mam rodzinę i dom a tu przyszło mi umierać i żegnać się…
Ja- A co ja mam powiedzieć w takim razie? Mam 25 lat i całe życie przed sobą.
Pani Krysia - Ja mam i tak gorzej, bo Pani przynajmniej nie wie co straci.

Dostałam między oczy i to bez użycia narzędzi obuchowym.
Spuszczając kurtynę w dół chciałam Was przeprosić za to, że nie dawałam znaków życia. Nie zaglądam ostatnio często na bloga- nie lubię spędzać czasu przed komputerem, czuję, że komputer mnie z niego okrada a to mogą być moje ostatnie oszczędności. Dopiero Wasze maile uświadomiły mnie, że czekacie i martwicie się. Dziękuję Wam za nie! I obiecuję pisać przynajmniej raz w miesiącu choćby po to, aby powiedzieć, że żyję J

piątek, 18 maja 2012

Cześć czołem, kluski z rosołem


Pewien poranek zaczął się typowo. Do czasu. Wstaję z łóżka i ruchem jednostajnie przyśpieszonym udaję się w miejsce, w którym każdego dnia popadam w zachwyt nad fizjologią i potęgą swojego ciała jako doskonałej konstrukcji biologicznej. Siadam. Tak, to zdumiewające, nie muszę nic robić, to dzieje się samo, moje ciało doskonale wie, po co usiadłam. Jednak po chwili relaksu moim oczom ukazuje się widok, którego nie oglądałam od chwili, kiedy z dziewczynki zaczęłam przeistaczać się w kobietkę. Tak, to Łysa Góra, miejsce bardzo popularne w filmach pornograficznych. Jednej nocy straciłam swoją kobiecą tożsamość. To był cios poniżej pasa. Dużo poniżej. Co to za klacz bez grzywy? Zrozpaczona chwyciłam się za głowę a włosy, które zaplątały mi się w palce już tam zostały. Oł maj gat, to już! Stoję przed lustrem i próbuje zidentyfikować swoje emocje…  Jakoś tak z oczu mi dziwnie patrzy-  Tak, to jest szok. Teraz patrzę spod byka- Tak, to złość. O, teraz patrzę jak się patrzy- Tak, to spokój jest, ewidentnie. Pogodziłam się z nową sytuacją w minutę. Stoję i wyciągam sobie włosy, kosmyk po kosmyku a z każdym kosmykiem przeżywam zdumienie na nowo. Stop! Jadę wieczorem do ciotki, muszę sobie jakieś zostawić! Nie kupiłam w końcu nic na głowę.

Zamawiam turbany. Zanim dostanę przesyłkę, co rano zagrabiam paznokciami włosy z poduszki, wyciągam je z syfonu, z swetra, ze swojej zupy, z ust. Łaskoczą mnie po twarzy, wślizgują się chytrze za dekolt, zjeżdżają po plecach, wiążą mi stopy. Czasami robię bratu żart i mu grożę, że jeśli nie spełni jakiejś mojej zachcianki to sobie wyrwę włosy z głowy. Nie bawi go ten widok tak jak mnie, więc chętnie stosuję ten rodzaj szantażu. Zawsze działa. Nazajutrz przychodzą do mnie koleżanki, pokazuję im sztuczkę z wyciąganiem sobie włosów. Ostatecznie śmieje się sama. Idziemy razem na spacer do lasu. Jest gorąco, smaruję się filtrem, zakładam na głowę lniany kapelusz. Przedzieramy się przez gęstowia w poszukiwaniu miejsca na piknik. W tym czasie moje kędziory próbują wyemigrować na czubek kapelusza. Przebijają się przez len i ruchem gąsienicowatym przesuwają się na skraj aby później spaść na rondo. Nie mogę powtrzymać śmiechu na ten widok. Znów śmieję się sama. Jednogłośne hahaha.

Jest przesyłka! Nie będę przymierzać, zanim nie zgolę głowy. Nie mam ochoty wyciągać później miliona włosów z moich nowiutkich turbanów. Staję przed lustrem i kiwam włosom na pożegnanie- Żegnam was drogie panie, nie płaczcie za moją ciepłą głową.  Zanim poproszę siostrę żeby dokonała dzieła, biorę szczotkę do ręki i próbuje wygrabić ile włosów się da- będzie mniej kłopotliwe golenie. Czeszę się i czeszę a końca nie widać. Jeden ruch szczotką i już trzeba odseparowywać syntetyczne włosie od mojego.  Umywalka zapełnia się siecią ciemnych nitek, muszę je uklepać, żeby się nie zaczęły wysypywać na podłogę. Myślałam, że w ciągu tego tygodnia straciłam większość włosów, wygląda jednak na to, że trochę tu postoję. Ręka boli a włosy się nie kończą. Dość, ileż można. Wołam siostrę, sprawdzam ostrość żyletki w golarce. Najpierw jednak muszę zrobić coś z włosami w umywalce. Tak je po prostu wyrzucić? E, pobawię się trochę. Ukulam z nich wielką piłkę. Robicie kulki z włosów, które wyciągacie z syfonu po wzięciu prysznica? Pewnie są wielkości wiśni. Ta, którą ja zrobiłam była wielkości sporego melona. Nadawała by się jako piłka do siatkówki plażowej. Sprawdziłam-  serwuje się nią wyśmienicie.

Wchodzę do wanny ubrana w strój kąpielowy. Anetka wkłada golarkę w moje włosy. Ni rusz. Ani w przód, ani w tył. Bierzemy więc nożyce i próbujemy obciąć mi włosy tuż przy głowie. Po zabiegu wyglądam, jak gdyby włosy wygryzły mi myszy. Dobra, pora na golarkę. Postanowiłyśmy poeksperymentować na mojej głowie. Najpierw siostra ogoliła mnie na Dominikana robiąc łyse kółko na czubku głowy, później wygoliła mi niżej obręcz  po to, aby później zgolić mi pół głowy a drugie zostawić. Ciągle wstawałam z wanny, żeby zobaczyć się w lustrze. Śmiałyśmy się jak wariatki. Swoją drogą okazało się, że golenie to nie taka łatwa sprawa. Godzinę spędziłam w wannie a co milimetr Aneta musiała płukać zapchaną golarkę.

Ostatni ruch golarką. Gotowe, mogę się zobaczyć. Chwilę jednak posiedzę w wannie i zapoznam dłonie z nową rzeczywistością, zanim poznają ją oczy. Gładko, bardzo gładko. Wstaję.

Ku mojemu zdumieniu okazało się, że to nadal ja. Ja bez czegoś, ale nadal ja! W końcu kiedy patrzę w lustro znajdujące się nad umywalką to nie mam tułowia, a przecież nie mam wątpliwości, że to ciągle ja. Zdecydowanie jednak wole nie mieć włosów, niż tułowia- głupio bym wyglądała. Ach, nie mogę oderwać od siebie wzroku mimo, że wciąż rzucam okiem. Zdaje się, że się sobie podobam, no tak, uśmiecham się!

Zawsze miałam wysokie czoło, ale teraz to już przesada. A zatem…

Czołem!

poniedziałek, 14 maja 2012

Dni, w których po prostu leżę.


Wróciłam do domu. Kołacza nie zastałam, choć do piekarnika wielokrotnie pukałam. Bazie dalej moczą nogi w wazonie. Mama przeistoczyła się w moją pielęgniarkę, kucharkę, rehabilitantkę. Zaścieliła mi łóżko, zrobiła delikatny obiadek, herbatkę, spytała, czy nie potrzebuje czegoś jeszcze. Nie, nie potrzebuje. Podłożyła mi więc więcej poduch, żebym mogła w łóżku usiąść i jeść, nałożyła koc na kołdrę. - Potrzebujesz czegoś jeszcze? - Nie, dziękuję, naprawdę niczego więcej nie potrzebuję. Schłodziła mi więc herbatkę, żebym się nie poparzyła, dała tackę na kolana, żebym się nie pobrudziła, skarpety na nogi mi naciągnęła. - O, jeszcze ziółka na trawienie, żebyś mi córuś nie wymiotowała. Dać Ci słomkę do kubeczka? Urocza ta moja mama.

Kilka dni spędziłam w łóżku przekonując mamę, że może jechać do pracy, że dam sobie radę. Miska była, więc miałam gdzie wymiotować, obiad czekał w garnuszku- porcja dla wróbelka, żebym podziubała ale nie zwróciła. Leżę w łóżku i walczę z bólem brzucha. Grawitacja w moim pokoju jest tak silna, że z trudem wstaję z łóżka. Nie stać mnie na czytanie książki, czy słuchanie muzyki. To zbyt męczące. Kilka dni leżę więc i nie robię nic prócz znoszenia bólu brzucha i opanowywania mdłości a największy wysiłek intelektualny na jaki mnie stać to liczenie, ile mam wziąć tabletek.

Dnia mijają a włos mi w z głowy nie spada. Niby fajnie ale... Chyba jestem tym faktem trochę rozczarowana. Spędziłam dużo czasu na przeglądaniu ofert turbanów i peruk i mam już swoje ulubione pozycje. Wszystko na marne? Uznałam, że mam niepowtarzalną okazję, żeby sprawdzić jak mi np. w prostych, rudych włosach. Całe życie mam kudłatą głowę, więc chętnie bym się na jakiś czas ponosiła na gładko. No i ten rudy, na który już wielokrotnie próbowałam się pofarbować i nigdy nie wyszła mi z tego marchewka, której pragnęłam, tylko jakiś cukrowy burak. Wygląda na to, że pora na linienie jeszcze nie nadeszła i może w ogóle nie nadejdzie. Czuje się już dobrze. Zrobię sobie zdjęcie.

środa, 25 kwietnia 2012

Kupa mięci


Mijają kolejne dni. Błysk jarzeniówki budzi mnie i oślepia. Codziennie o 5.30. Przymrużam oczy i wystawiam rękę na spotkanie ze strzykawką.
- Proszę zacisnąć pięść. Proszę rozluźnić. Już po wszystkim. Nie bolało, prawda?
- Nie. / Trochę. / Ała.

Faza REM została brutalnie przerwana, siłą woli próbuje sobie przypomnieć o czym śniłam, gdzie byłam i tam wrócić. Nie udaje się. Jeszcze nigdy się nie udało, ale zawsze próbuje. Podobno śpię z półotwartymi oczami. Tak się tylko zdaje wam, ja po prostu obserwuje otoczenie, czuwam. I potrafię tak całą noc. Czasem bardzo intensywnie się rozglądam. Do tego lubię spać w pozycji na baczność. Kiedyś moje współlokatorki ze studiów wykorzystały to i kiedy spałam w pozycji na wznak z półotwartymi oczami i dłońmi splecionymi na brzuchu, wsadziły mi różę w dłonie, wzięły aparat i zrobiły mi portret trumienny. Ładny ze mnie trup.

No nic, sen nie wróci. Sanitariuszka obija się mopem między łóżkami, pośpiesznie doprowadza salę do porządku. Słyszę rytmiczny dźwięk czegoś, co przypomina mi śpiew nawołującego ptaka albo żaby w godach. To komputerek, znaczy się takie coś, co pan obok, w izolatce, ma podłączone, żeby sprawdzać jego puls, ciśnienie krwi i coś tam jeszcze. Niby zwykłe „tit - tit - tit” a mnie zdaje się, kiedy się budzę, że jestem w Chorwacji. Takie dźwięki tam często słyszałam i nigdy nie wiedziałam, co to. Pewnie teraz, kiedy pojadę na wakacje do Chorwacji i usłyszę tego żabo-ptaka to pomyślę, że jestem w szpitalu. Pan z izolatki pewnie już dostaje szału od tego dźwięku. To taki Pan w średnim wieku, marudzi i dużo przeklina, jest przekonany, że lekarze go tu ściągnęli, żeby pobrać mu potajemnie organy.

Gardło nadal mnie boli. Szalik nie pomógł. Do tego od kilku dni mój organizm nie potrafi usunąć zbędnych produktów przemiany materii, nie startowałam więc w zawodach rzutu brązem o porcelanę. Brzuch boli. Przychodzi doktor, na szczęście inny niż ten, który stwierdził, że powodem mojego bólu gardła jest ciasno zawiązany szalik. Skarżę mu się. Pokazuję jamę gębową, lekarz stwierdza- grzybica gardła. To od osłabionej odporności, gardło nie broni się przed patogenami z zewnątrz a one prawdopodobnie przybyły z otwartego dwa dni temu okna. Okazało się, że nie tylko po to, aby się nie przeziębić nie wolno nam otwierać okien w czasie chemioterapii. Skąd miałam wiedzieć. Dostałam płukankę do gardła o smaku fuj i syropek na przesunięcie zbędnych produktów przemiany materii w stronę światła.

Dzień następny. Powtarza się scenariusz pobudki z błyskiem jarzeniówki i ukuciem strzykawki. Brakuje jednak czegoś: nie obudziłam się z przeświadczeniem, że jestem w Chorwacji. Zagaduję pielęgniarkę:
- Nie słyszę dźwięku komputerka. Czy ten pan obok… Czy komputerek jest wyłączony?
- …
- Ten pan umarł?
- No niestety tak.
Zmroziło mnie. Trochę trwało zanim wróciłam do siebie, choć nie wyszłam zbyt daleko.

Kilka godzin później zdarzyło się jednak coś, czego długo oczekiwałam i bardzo pragnęłam…
Poranny obchód:
- I jak tam u pani?
- Zrobiłam kupkę!
- …
No to zabłysnęłam. Lekarze nie podzielali mojego entuzjazmu a ja z taką radością podzieliłam się z nimi moim sukcesem. Żadnych gratulacji a mnie duma rozpiera. Chyba nie rozumieją, co to znaczy nie móc od tygodnia wykorzystać swojego potencjału fizjologicznego. Przynajmniej Anka się roześmiała.

Ósmy dzień pobytu w szpitalu dobiegł końca. Tak spędziłam Święta Wielkanocne. Wracam do domu, może bazie w wazonie jeszcze nie zgniły, może zostało trochę kołacza? 

poniedziałek, 19 marca 2012

Gorący weekend z Hansem

Weekend. A. pojechała na przepustkę, spędzę go więc sama. Jakoś tak za cicho tu jest. Drzwi na salę zamknięte, kroplówka schodzi tak strasznie wolno. Spadające krople czasem jakby nie mogły się zdecydować, czy skoczyć. Smętne samobójstwa w pakiecie z naliczaniem sekundowym. Mdli mnie. Za oknem opadłe z sił Słońce ledwo przeciska się przez gęste żaluzje i spada na podłogę. Leżę, nade mną stoi Hans i trzyma worek pełen samobójców. Do tej pory Hans był zwykłym stojakiem na kroplówki, ale od chwili przeczytania książki Kamila Durczoka „Wygraj życie” stojak stał się mężczyzną. Chudym i zimnym,  za to wiernym i co najważniejsze w tych okolicznościach- mobilnym. Był pierwszym mężczyzną, który towarzyszył mi podczas spacerów na porcelanowy tron. Na początku trochę się krępowałam, ale on był na tyle kulturalny, że nie patrzał. Dopingował mi za to z zawodach w rzucie brązem o porcelanę. Jest naprawdę kochany.

Na sali duchota, choć jestem tu sama. To wszystko przez to Słońce. Leży na podłodze i próbuje wstać podpierając się na ścianach. Robi to bardzo wolno, widać ile kosztuje go to wysiłku a co za tym idzie- zwiększa się jego zapotrzebowanie na tlen. Paradoksalnie- ono się sili ale pocę się ja. Korci mnie, żeby uchylić okno, ale oczami wyobraźni- gdziekolwiek one są i o ile są otwarte- widzę grożący palec lekarza. Nie wolno pani, nie wolno.

Ciepło mi. W miejscu, gdzie niedawno udawałam, że mam pachwiny poszerzają się widnokręgi. Poziom słonych wód powoli sięga mi łokci. Nie utopię się, płytkie to wody, ale leżenie mokrej w łóżku nie należy do przyjemności. Podjęłam decyzję- otwieram okno. A ty nie kiwaj tak tym palcem. Hans odprowadza mnie do okna, jeden ruch wolną od wenflonu ręką i gotowe. Powietrze wcale nie takie zimne jak na początek kwietnia- czuje się usprawiedliwiona sama przed sobą, przecież się nie przeziębię. Choć bezwietrznie- niech się wietrzy. Doszedł do mnie zapach spalin. Zniosę.

Czekam na siostrę. Ma przyjechać mi z bielizną i kilkoma rzeczami do podjadania w przerwie między skokami samobójców. Już niedziela a ja nie mam do kogo otworzyć ust, żeby chociaż powiedzieć, że nie chce mi się gadać. Jestem tu dopiero kilka dni a już tęsknię za rodziną. Nie płakałam na zielonej szkolę wiec i tu nie będę. O, dzwoni siostra, czeka pod drzwiami oddziału, nie mogę do niej wyjść ani ona do mnie, ale chociaż wyglądnę na korytarz. Może ją zobaczę, kiedy pielęgniarka będzie brała od niej pakunek dla mnie. Wystawiam głowę, przez uchylone drzwi widzę twarz Anetki, mamy 3 sekundy na przywitanie się uśmiechem. Drzwi się zamykają. Pielęgniarka moją paczkę ratunkową zostawia w korytarzu na stoliku, nad którym wisi lampa antybakteryjna. Moja piżamka i herbatniki teraz się naświetlają. To trochę trwa, więc pielęgniarka wraca na ten czas do swoich obowiązków. Wychodzę zatem na korytarz i sunę w kierunku drzwi, widzę tam bowiem moją lubą. Jesteśmy pół metra od siebie, tyle, że po dwóch stronach półprzeźroczystych drzwi. Nie widzę jej wyraźnie, ale uśmiecha się. Uśmiechamy się obie ale łuki naszych ust powoli zaczynają się napinać i wyginać w druga stronę. Stoimy przed sobą, prawie na baczność i płaczemy. Przykładamy dłonie do drzwi jak w hollywoodzkich filmach, gdzie więzień dotyka przez szybę dłoń swej kobiety. Obie parskamy śmiechem na nasz hollywoodzki gest. Żegnamy się mrugając do siebie i poruszając ustami w niemym „pa pa pa”. Napięcie zeszło. Na pięcie w tył zwrot.

Wracam na salę, zamykam okno. Pielęgniarka za chwilę przyjdzie z naświetlonym już zestawem ratunkowym dla mnie, nie chcę więc, żeby przyłapała mnie na wietrzeniu moich czterech liter. Sali- rzecz jasna. 
Słońce ustąpiło już miejsce jarzeniówkom a ja zaczynam czuć ból gardła. Wiąże więc szalik na szyi. Wiedziałam w reklamie rutinoskorbinu, że tak się robi, jak boli gardło. Tylko nie miałam koło siebie mamy trojaczków, która mogłaby mi powiedzieć, że na przeziębienie zawsze podaje swoim dzieciom rutinoskorbin, tak jak robiła to jej mama i babcia. Muszę w końcu wyłączyć ten telewizor.

Wieczorny obchód.
Lekarz: Dobry wieczór, coś się dzieję?
Ja: Tak, boli mnie gardło.
Lekarz: To może od szalika?
Ja: No właśnie po to go sobie zawiązałam, żeby je ogrzać, bo boli.
Lekarz: To może za ciasno go Pani zawiązała stąd ból?

Kurtyna w dół.

środa, 29 lutego 2012

Trepanotrauma

Czas na trepanobiopsję- z tego co zrozumiałam, to pobranie kawałka kości i szpiku z talerza biodrowego.
- A to boli?
- Nie.

Kładę się na kozetkę, rozbieram pupę z majtek, ale rozstępy zostawiam.  Nie boję się, bo ponoć tylko znieczulenie boli.
- A bardzo?
- Nie, coś jak ugryzienie osy. No może szerszenia.

Dowiedziałam się, że znieczulenie nie było takie straszne, kiedy przyszło do zabiegu. Krzyk i lament nie zniechęciły chirurga do zaprzestanie dłubania mi w kości. Pielęgniarki trzymały mnie za ramiona aby unieruchomić moje uciekające z kozetki ciało. Wymsknęły mi się nawet jakieś pół przekleństwa. Zdążyłam się zreflektować przed drugą połową. Wyszła mi z tego staropolska historia o kogutach.

Oszukano mnie. Miało nie boleć.  Wyszłam obrażona a w wyniku stresu pourazowego jeszcze przez godzinę nie mogłam się pozbierać. Wolę wiedzieć, że będzie boleć, wolę się bać przed zabiegiem niż w jego trakcie myśleć, że coś idzie nie tak, skoro miało nie boleć a boli jak skurczybyk. Całe życie przeleciało mi przed oczami… Czy zdążę pożegnać się z rodziną? Czy zdążę przyznać się mamie, że to ja zjadłam całą nutelle?

Kawałek mojego kośćca pojechał do laboratorium, szkiełko i oko sprawdzi, czy jest w nim złośnica. Nie ma. Ufć. Mogę spać spokojnie.

Spać… Spać... Spać...

Myśl o tym, że jestem po pierwszej chemii przypominała mi o wróżbie, jaką przepowiedział mi doktor: Po pierwszej chemii mogą mi wypaść włosy. Niestety nie było nic o miłości. Tylko, co znaczy „po pierwszej chemii”? Już jestem po pierwszej, bo minął pierwszy dzień? Nie było więc mowy o spaniu, całą noc skubałam się po głowie sprawdzając, czy nadszedł czas żegnania się z owłosieniem czaszkowo- skroniowym. Kur zapiał a czas pożegnania nie nadszedł. Sen też nie. 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Półeczka, kolonie i pachwiny.

Moja pierwsza chemia. Przeżywam to jak pierwszą komunię. Skarbczyk zresztą też wzięłam. Jestem na oddziale hematologii i transplantacji szpiku w Katowicach. Oddział zamknięty, 8 dni bez bliskich- niby nie dużo, ale akurat w tym momencie chciałbym mieć dostęp do znajomych mi uśmiechów. Całuję rodziców, unikam czułych, ciepłych spojrzeń, żeby się nie rozpuścić jak czekolada i nie rozpłynąć w ramionach mamy. Drzwi się za mną zamykają, pielęgniarki prowadzą mnie na salę. Idę korytarzem i widzę kilka bezwłosych głów, może nie wypada się przyglądać, ale jestem ciekawa, jak będę wyglądać. Dwójeczka, moje łóżko, moja półeczka, obok nowa koleżanka, jej łóżko, jej półeczka i okno z widokiem na czarne od starości żaluzję zamknięte między szybami. Ja- to mój pierwszy raz, Ona- czwarta wznowa. Leży chłonniak i białaczka na dwóch łóżkach na kółkach, zaczynamy poznawać ich nosicieli. Klimat spotkania powoli przeradza się w kolonijną przygodę. Nigdy nie byłam na koloniach, ale podobno to przygoda.  A. miała trzydzieści parę lat, prześliczna, przemiła, przestraszona. Pierwszy spędzony z nią dzień był dla mnie prawdziwą lekcją pokory, to był dzień, kiedy zaczęłam się modlić. Ze strachu, z wdzięczności, z litanią próśb. Rozmawiałyśmy o marzeniach, strachu, rodzinie, przemijaniu, Bogu, miłości… czyli o rzeczach o których zazwyczaj nie rozmawiamy z osobą, którą dopiero poznaliśmy, no chyba, że z kufla wylewa się piwo więc wylewamy się i my.

Przychodzi młody lekarz- za nadto przystojny, jak na moją tutaj nieurodziwość. Siadam na łóżku udając, że zawsze mam taki szczupły brzuch i wcale nie wciągam. Próbuje jeszcze podratować fryzurę udając, że się drapię. Opowiadam Panu jak to stało, że się stało. - Proszę zrobić AAAAA- powiedział Pan Przystojny. Pokazałam mu więc stalaktyty i stalagmity śliny. Pan każe ściągnąć bluzkę… Słucham?! Nawet nie wie, czym się interesuję i jakie lubię kwiaty a tu taka zuchwałość! Gdybym chociaż miała biustonosz… Ok, przegląd klatki piersiowej zakończony. Najgorsze za mną. Hola hola!- zdawał się krzyczeć Pan Przystojny- proszę mi pokazać jeszcze pachwiny. Pachwiny?! Udaje, że nie wiem, co to. Podnoszę ręce do góry, w końcu pachy, pachwiny, brzmi podobnie, udam głupią. Sztuczka się nie udała, musiałam ściągnąć spodnie. Zanim to zrobiłam udawałam, że zaplątał mi się sznurek w spodniach z piżamy, próbuje go odwiązać i bardzo długo to trwa… W tym czasie nerwowo starałam się sobie przypomnieć, jakie mam na sobie majtki?! Wszelkie starania przypomnienia sobie tego szczegółu- choć nie uratowałoby mnie- nie powiodły się. Spodnie w dół… Niech to szlak! Czerwone, ponaciągane, poprute, wyblakłe! Te, które kupiłam sobie na maturę, na szczęście, te, które zawsze zakładam, kiedy potrzebuje wsparcia. Dość często go potrzebowałam, więc bawełniany amulet się zniszczył. Od razu przypomniałam sobie mądrość mojej siostry- „Zawsze noś ładną bieliznę, nie znasz bowiem dnia ani godziny…”.

No cóż. Na maturze amulet też nie przyniósł mi szczęścia.

sobota, 21 stycznia 2012

Usty egzamin zdany

Wracam do domu z nowymi wieściami. Będzie chemia, dużo chemii. Już powoli jestem w stanie bez zająknięcie powiedzieć- mam raka. Ćwiczyłam przed lustrem. Całkiem nieźle mi szło, nawet się uśmiechałam i wymyśliłam, co od razu po tym mówić, żeby nie sprowokować niezręcznej ciszy, w której ktoś się będzie musiał odnaleźć i zareagować, nie wiedząc jak. Muszę przejąć dowodzenie. Przećwiczyłam na znajomych, dziadkach, wujkach, przyjaciołach. Tak, całkiem nieźle mi szło.

Z nowymi umiejętnościami komunikacyjnymi pojechałam na uczelnie, musiałam załatwić Indywidualną Organizację Studiów, zebrać podpisy wykładowców. Długo tu nie wrócę, więc muszę się sprężyć. Wystroiłam się jak na bal. Gdy źle się czuję, barwniej się ubieram i staranniej maluję- to jak wyglądam wpływa na to, jak się czuję, więc zawsze dbam o tę sferę komfortu. A im lepiej wyglądam, tym jestem mniej przekonująca, że jestem ciężko chora. I dobrze.

Na uczelnie zawiozła mnie mama, bo byłam już zbyt słaba, żeby jechać sama samochodem o autobusie już nie wspomnę. Kaszel tak mnie męczył, że miałam zakwasy na brzuchu, był tak intensywny, że nie dążyłam z czerpaniem tchu. Mamę zostawiłam na holu uczelni chcąc sama wszystko załatwić. Dziwnie się czułam po trzymiesięcznej tu nieobecności. Czułam niepokój przed spotkaniem tylu znajomych mi ludzi- był to dla mnie egzamin z moich nowych umiejętności komunikacyjnych a ja zawsze egzaminów się boję.

Poszło mi zręcznie, nie było niezręcznie, duch zdał egzamin z pogody.

Zaliczenie schodów na poddasze, gdzie dyżurowali wykładowcy było dla mnie sportem ekstremalnym, byłam jednak dzielna i starałam się tylko jedną ręką podciągać na poręczy. Na poddaszu 5 min odpoczynku. Jednak na myśl o kolejnych „egzaminach” serce dobijało do żeber. Pierwszy, drugi, trzeci gabinet, egzamin z „to tylko rak” zdany. Czułam jednak, że zanosi się na kolejny atak kaszlu, już mnie ściskało w klatce piersiowej, szukam łazienki. Kaszlę 5 minut zalana potem, brak mi tchu, wymiotuje, jakaś pani pyta, czy potrzebuje pomocy. Moje siły na dziś zostały wyczerpane, wracam do domu. Ekipa przyjaciół z uczelni załatwiła za mnie resztę spraw. Mogę odetchnąć.