Rolę
„uszczypniętej” przez raka Reżyser zaproponował mi prawie dwa lata temu.
Propozycja nie do odrzucenia i to w sensie dosłownym. Przejęłam się swoją nową
rolą a że lubię przebieranki i nietypowe scenerię, szybko wskoczyłam w piżamkę
i pozwoliłam zamknąć się w szpitalu onkologicznym. Kroplówki, łóżko na kółkach
i inne rekwizyty pomogły mi wczuć się w rolę. Tak, już do mnie dotarło- jestem
chora na raka.
Zostałam
przymuszona do odegrania nowej roli ale nie pozostawiono mnie bez wyboru. Mogę
realizować jeden z trzech scenariuszy:
1) Położyć
się i użalać nad sobą podsycając w sobie zgorzkniałość, żal do świata i
poczucie niesprawiedliwości ;
2) Żyć udając, że nic się nie zmieniło i
kurczowo trzymać się rzeczywistości sprzed choroby frustrując się, że to takie
trudne; lub
3) Przyjąć
to co mnie spotkało, zaakceptować to,
czego nie mogę zmienić i zmienić to, co mogę a co będzie prowadzić mnie
do zdrowia. I garda w górę!
Wybrałam
scenariusz trzeci, lecz wiem, że nie jest on jednorazowym wyborem. Wiem jeszcze
coś- decyzję o tym, o czym opowiadać
będzie ta historia podejmuję ja. Zbiór faktów jest stały ale to, jakie będą one
miały znaczenie dla całości sztuki, podlega mojej decyzji. Jedno jest pewne-
chcę zagrać swoją rolę najlepiej jak potrafię.
Na kogo padnie na tego bęc.
Nie pytałam
nigdy- dlaczego ja. Zastanawiające jest to, że nie mamy skłonności do zadawania
sobie takiego pytania, kiedy „akurat nam” wydarzy się coś dobrego. Jest pewne:
nie będzie jak dawniej. Więc jak? Gorzej? Lepiej?
Mogłoby się
zdawać, że choroba nowotworowa to wyrok:
Ja Rak skazuję Ciebie na ból, samotność, cierpienie, śmierć… To jakby synonimy
choroby nowotworowej. Utarło się, że życie z tak poważną chorobą nie może być
życiem szczęśliwym, satysfakcjonującym, radosnym. Ponura mina i poważny ton
jest wręcz wskazany podczas wymawiania słowa „rak”. Nie można też opowiadać o
swojej chorobie tonem lekkim i pobłażliwym, bo pomyślą, żeś niespełna rozumu,
albo że udajesz. Nie chodzi jednak o to, aby pozować, aby uśmiechać się przez
łzy. Ważne jest, aby nie utożsamiać choroby jedynie z cierpieniem i stratą,
strzec się przed tym, aby nie wyolbrzymiać cierpienia i nie umniejszać radości.
Mur wydaje się wielki, kiedy stoimy zbyt blisko. Z daleka widać o wiele więcej
i łatwiej złapać dystans. Ważne też, by być świadomym, że mamy realny wpływ na
to, co się z nami dzieje i w jakiej kondycji psychicznej jesteśmy. Sytuacja
życiowa w jakiej się znajdujemy jest taka jaką sobie ją wyobrażamy a nasze
poczucie szczęścia czy nieszczęścia bardziej wynika z naszych przekonań niż
okoliczności.
Choroba
nowotworowa to nowe i z pewnością trudne doświadczenie, ale traktuje je jako
niezwykle cenną lekcję: lekcję pokory,
dystansu do rzeczy błahych, lekcję odwagi, lekcję z miłości do świata i Boga,
lekcję z motywacji, lekcję z wrażliwości i ofiarności, lekcję z krzesania
iskier nadziei. Nawet tak pozornie zabójcza relacja jak związanie się z rakiem
i dzielnie z nim swojego ciała może wnieść w życie coś wartościowego, dobrego,
mądrego. Postanowiłam- chce zrobić ze swojej choroby użytek. Ujeździć ją, dziką
i niebezpieczną wziąć pod siodło i oswoić.
Jestem skończona
Czas choroby
to moment, kiedy zatrzymujemy się i pochylamy nad sprawami, które do tej pory
nie absorbowały zbytnio naszej uwagi, jak choćby przemijanie. Dotkliwe odczucie
tego, że nasze ciało ma termin swojej ważności przypomina nam, że nie jesteśmy
tu już na zawsze. Kiedy ta oczywistość przestaje być już tylko tematem do
dywagowania, ale staje się rzeczywistością- tutejszą i bliską jak podkoszulka-
trudno o radosne pogwizdywanie. Nagle okazuje się, że trzeba się określić,
zająć stanowisko, podjąć decyzję i powziąć działanie. To czas na konfrontacje
naszych pragnień i pomysłów na życie z tym jak faktycznie żyjemy, to czas na
realizacje marzeń i planów, które zostawiliśmy na kiedyś, to moment, kiedy
trzeba zadać sobie pytanie o to, co na prawdę jest ważne, czy aby na pewno
hierarchia naszych wartości jest mądrze zbudowana, czy prowadzi nas do
szczęścia. Przy zderzeniu naszych pragnień z rzeczywistością można nabić sobie
guza, ale to pierwszy krok ku zmianom. Świadomość bycia skończonym pobudza do
życia.
Kiedy
stajemy oko w oko ze śmiercią budzi się instynkt przetrwania. Nagle okazuje
się, że mamy w sobie więcej sił i motywacji niż przypuszczaliśmy, że nasz
organizm jest w stanie wykrzesać w sobie znacznie więcej energii niż gdy nie
miał żadnych trudności do pokonywania. Życie z perspektywą bliskiej śmierci
jest bardziej esencjonalne- jak krótkie wakacje, które chcemy maksymalnie
wykorzystać nie marnując ani chwili. Choroba mówi STOP, każe zatrzymać się i
przypatrzeć temu, co do tej pory było tylko mignięciem w pędzie życia. Można
zobaczyć, czego się nie widziało, oddzielić na zatrzymanym obrazie rzeczy ważne
od błahych. To pole na którym można przyjrzeć się sobie i drodze, którą
podążamy. Mamy pretekst, żeby zastanowić się, czy to co robimy, to jak żyjemy
daje nam szczęście i satysfakcję czy może tylko chwilową przyjemność.
Myślę, że
jest olbrzymia różnica w tym, jak przeżywa swój czas ktoś zdrowy, kto wierzy,
że temat skończoności może zostawić sobie na czas emerytury niż ktoś, kto zmaga
się z chorobą zagrażającą jego życiu już dzisiaj. Owszem, można zmagać się z
rakiem i nie mieć pragnienia zmieniania czegokolwiek, być biernym i podlegać jedynie
nastrojom choroby. Wybierając tę opcję
nie dajemy sobie jednak szansy na nowe doświadczenia, które mogą zaowocować nie
tylko polepszeniem sytuacji zdrowotnej ale również zwiększyć poczucie szczęścia
i spełnienia. Choroba to nie tylko trudności, ale bagaż doświadczeń, które mogą
sprawić, że staniemy się mądrzejsi, silniejsi, bardziej świadomi wielu ważnych
spraw, bardziej kochający, lepiej rozumiejący siebie i świat.
Choroba moim nauczycielem, nie panem.
Choroba
nowotworowa to ciężka walizka, którą ciągniemy za sobą i która spowalnia nasze
kroki, ale sami możemy zdecydować, co z niej wyrzucić aby było nam lżej. Tylko
czego się pozbyć? Co może przydać się na drogę? Złość? Wygórowane ambicje?
Poczucie bycia skrzywdzonym? Raczej nie. Wyrzucam. Zostawiam za to: wyrozumiałość dla siebie i
świata, okulary, żeby widzieć ostro cel swojej drogi, bystre spojrzenie, żeby
nie przegapić żadnego powodu do radości, wdzięczność za to, że jestem, że są
moi przyjaciele, za każdy dzień kiedy budzę się bez bólu. Biorę ze sobą tylko
to, co pomoże mi przebiec maraton trudności. O, jeszcze czekolada.
Choroba jest
klasztorem, który ma swoją regułę, swoją ascezę, swoją ciszę i swoje
natchnienia- jak mawiał Albert Camus. Wszystko to sprzyja głębszemu spojrzeniu
na swoje życie, w ciszy łatwiej siebie usłyszeć. Każdego dnia staje przed
decyzją wyboru scenariusza i choć miewam słabsze dni, to konsekwentnie wybieram
scenariusz trzeci, bo wiem, że realizując go stworzę wspaniałą sztukę o swoim
życiu. Sztukę o życiu szczęśliwym.
Mam 25 lat i
wszystko co najlepsze dzieje się teraz.
Czuję Wielkie Uff. Mogę zacząć działać! Wszystko sprawnie udało się załatwić, Fundacja Rak'n'Roll Wygraj Życie wzięła mnie pod swoją opiekę. Nie ma chyba skuteczniejszej armii w bitwie o życie. Wytoczymy ciężkie działa na Raka! Możecie przyłączyć się do walki- bez pomocy ludzi dobrej woli nie uda mi się wygrać tej wojny, choćbym nie wiem jak była zdeterminowana, by zwyciężyć. Nie wiem jeszcze, ile dawek leku będę mogła przyjąć, ale nie mniej niż 5 a to już ok. 200 tys złotych... Ile ich dokładnie będzie- wyjdzie w praniu i o tym również Was poinformuję.
Proszę Was o pomoc. Jeśli nie rozliczyliście jeszcze swoich PIT-ów możecie pomóc mi przekazując
1% na moją walkę. Należy w rubryce "opp" wpisać numer KRS Fundacji
KRS 0000338803 a w rubryce "informacje uzupełniające"
KONIECZNIE wpisać "
Dla Marzeny Erm". Dla ułatwienia można ściągnąć program do wypełniania zeznać rocznych:
http://raknroll.pl/jak-mozesz-nam-pomoc
Możecie mi również pomóc wpłacając pieniądze na konto Fundacji
93 1140 2017 0000 4402 1296 2443 , do takiej wpłaty
KONIECZNE jest dodanie dopisku "
Dla Marzeny Erm".
Przelewy z zagranicy: nr
93 1140 2017 0000 4402 1296 2443, z dopiskiem
"dla Marzeny Erm".
IBAN:PL; NR BIC (Swift) BREXPLPWMUL; Multibank, Bankowość Detaliczna BRE Banku
Co jeszcze możecie zrobić? Możecie opublikować ten post na portalach społecznościowych, wysłać go do rodziny i przyjaciół. Może ktoś z Waszej rodziny czy znajomych jeszcze się nie rozliczył? Im więcej osób się dowie o tym, że jakaś tam Marzenka potrzebuje pomocy, tym mam większe szanse na to, że uda mi się uzbierać na ten lek. Wiem, że mogę wygrać tę wojnę, bo dobrych ludzi, którzy mogliby mi pomóc jest mnóstwo. Muszę jednak najpierw do nich dotrzeć i również na tym polu proszę Was o wsparcie.
Yes, I cancer