sobota, 2 listopada 2013

Requiem

Dokładnie rok temu pochylając się nad marmurową płytą miałam okazję zadać mamię chyba najtrudniejsze pytanie, jakie może zadać dziecko rodzicowi: „Mamuś, gdzie będę leżeć jeśli niebawem umrę?”. To wcale nie było pytanie z rzędu "abstrakcyjne". I choć najpierw usłyszałam to, czego się spodziewałam: "Co Ty mówisz? Nie mów tak, wyzdrowiejesz!", to ostatecznie dostałam odpowiedź. Mama wiedziała.

Czułam się spokojniejsza znając ten szczegół. Mogłam w końcu uzupełnić o niego swoje wyobrażenie o końcu świata. Mojego, rzecz jasna. Patrzałam dziś na to miejsce ze spokojem- a jednak żyję. Ziemia pusta. Odłożyłam umieranie na potem. Póki co czeka mnie piękna jesień, potem zima, wiosna, lato i tak dalej. Czuję, że wszystko jeszcze przede mną. Plany mam takie: zdrowieje, zakochuje się, przenoszę góry. Albo w odwrotnej kolejności.

Preisner jak znalazł na dziś.

Requiem not for me, uff.


niedziela, 27 października 2013

Stop Żółwiom Ninja!

W środku lasu, z bosymi stopami zatopionymi w grubym mchu dotarły do mnie polifoniczne dźwięki cywilizacji. W sekundę podniosło mi się ciśnienie krwi, bo oczekiwałam telefonu od brata z wynikami mojej ostatniej tomografii. Oho, wznowa. Okej. Nic nie szkodzi. Pewnie to nic wielkiego, a jeśli już coś wielkiego, to wielkie mi rzeczy. Przekonuje o tym siebie i rodzinę. Mam z siostrą wakacje a moi rodzice właśnie jadą na swoje, więc nie będę psuła ani sobie ani im nastroju. Kilka dni w niewiedzy nikomu krzywdy nie zrobi. Koniec tematu na najbliższy tydzień.

Zrobiłam sobie wolne, nie tylko od zbiórek pieniędzy, które bardzo mnie zmęczyły, ale i od myśli, które odciągają moją uwagę od tego pięknego miejsca, w którym jestem. Rodzina mojej koleżanki udostępniła mi domek w Człopie. Mam darmowe wakacje w przepięknej okolicy, przyroda mnie zachwyca i absorbuje. Robię zdjęcia ślimakom, pływam w jeziorze, skaczę z drzewa do wody- „na bombę”, a opiłki wody drażnią mi oczy. Poznaję dwóch czternastoletnich tubylców, którzy uczą mnie jak skakać z liny do wody, na tarzana. Mam ubaw po pachy. Oni też, bo wpadam do jeziora jak wieloryb, a oni jak leszcze przebijają się cicho przez jego lustrzaną powłokę.

Dzień powrotu. Wsiadam do pociągu. Kawał drogi przed nami, kawał czasu na przemyślenia, kawał ciasta w plastikowym pudełku. Otwieram pudełko, otwieram się sama przed sobą.  A więc mam wznowę. Pora się nad sobą poużalać. Pora wziąć się w garść. Pora na panikę. Pora na spokój. Jestem zła, rozżalona. Jestem opanowana, pogodzona. Przez kilka godzin podróży próbuję się dookreślić. Kiepsko mi idzie.

Dobrze mieć bliskich, którzy czarnym markerem, grubą kreską potrafią oddzielić w mojej głowie czarnowidztwo od jasnowidztwa, frustracje od akceptacji, bezsens od ufności i kolorowym mazakiem podkreślić to, na co mam stawiać, żeby zbliżyć się do celu. Chcę być zdrowa- to jak strzelać w ruchomy cel. Ale mam wprawę, jak jednoręki bandyta. Jedna remisja za mną, pora powalczyć o drugą.

Nie płakałam. No może raz, tyle co kot napłakał. Wiadomość o nawrocie choroby nie była dla mnie tak silnym przeżyciem jak diagnoza, którą usłyszałam ponad dwa lata temu. Być może dlatego, że jeszcze nie zdążyło do mnie dobrze dotrzeć, że mam całkowitą remisję choroby, jeszcze nie zdążyłam się ucieszyć, nie zdążyłam zaufać, że tak już zostanie. Cały czas miałam świadomość tego, że nawrót jest prawdopodobny, bałam się cieszyć, bałam się powiedzieć sobie- wygrałam.

Adcetris i nawrót, czyli szczęście w nieszczęściu. Dzięki temu, że nie osiadłam na laurach mając nadzieję, że choroba już nigdy nie wróci, udało mi się zebrać ponad 240 000 zł na leczenie! Albo raczej- udało NAM się. Gdyby nie pomoc bliskich mi osób oraz tych zupełnie mi obcych, gdyby nie Wasza pomoc- zebrałabym co najwyżej tyle, ile znalazłam bym na dnie fontanny. A tak: mam nawrót  ale i mam lek! A skoro tak- mam również nadzieję. Dziękuję za nią!

Długo się zastanawiałam, czy opublikować na swoim blogu film „RAK i JA”, w którym rozebrałam się do naga. Krępuję się wiedząc, że inni taką nagą będą mnie oglądać. Postanowiłam jednak, że to zrobię. Miałam poważne wątpliwości, ale przyjaciółka na moje obawy wystosowała bardzo rzeczowy argument: „A nie pitol”. Moja historia nie jest niezwykła. To tak naprawdę historia większości chorych na raka. Mam nadzieję, że dzięki niej zarówno chorzy jak i zdrowi znajdą odwagę do przełamywania leków przed sobą nawzajem, przed szczerością, przed dzieleniem się tym, co kryję się pod maską wymuszonego uśmiechu i zaradności. Mam nadzieję, że ta historia zachęci chorych i ich bliskich do przełamywania rodzinnego tabu, które prowadzi do izolacji i samotności. 


Dziękuję tym, którzy pomogli mi rozebrać się przed kamerą, odkryć się, pokazać, jaka jestem, albo raczej-jaka bywam, kiedy nie udaję albo nie spełniam czyiś oczekiwań. Nie, nie jestem smutasem, ale pozwalam sobie na chwile słabości. Zachęcam do tego, bo odgrywanie Wojowniczego Żółwia Ninja, który nie boi się wroga to słaba rola w filmie kategorii B. Na dodatek rola ta kosztuje dużo energii, a zbyt dużo trąbią o kryzysie, żeby nie liczyć się z kosztami.


Sobie i innym życzę jak najczęstszych okazji do takich scen rozbieranych. Czasem trudno wyjść ze skorupy samemu. Życzę wszystkim takich przyjaciół, jakich ja mam, takich, którzy zrzucą nawet ze schodów, byleby skorupa pękła i uwolniła jej więźnia. Prawdziwe Katharsis. 

poniedziałek, 2 września 2013

Jestem asertywna- odmawiam 50 razy.

Mam przyjaciółkę. Nie wiem, jaki jest jej ulubiony kolor. 
Nie wiem, czy woli trampki, czy szpilki. Nie widziałam jej nigdy na oczy.

Mam przyjaciółkę. Wiem, że jest piękna, wrażliwa i ma szlachetne serce.

Mam przyjaciółkę. Poznałam ją 5 miesięcy temu w chwili, kiedy bardzo potrzebowałam pomocy. Napisała do mnie maila z planem jak może mi pomóc. 
Ja mam raka a ona pomysł, jak mnie ratować.

Mam przyjaciółkę. Wtedy dowiedziałam się, jak się nazywa...

Ewelina- spadła mi z nieba, a jak już coś spada z nieba, to jest to albo bomba albo manna.

To była manna. Manna na mój głód nadziei, że zwyciężę swoją walkę o życie. Ewelina, od kiedy napisała do mnie pierwszy raz, jest ze mną każdego dnia i pomaga mi zebrać ogromną kasę na moje leczenie. Byłam jej zupełnie obca a ona zdecydowała się poświęcić swój czas, aby mi pomóc, czas, który jest dla niej bardzo cenny, bo...

Ewelina walczy z ostrą białaczką szpikową. 9 września, a więc już za kilka dni, ta cudowna dziewczyna idzie na przeszczep szpiku od dawcy niespokrewnionego. Spędzi w szpitalnej izolatce ponad miesiąc, a droga, którą będzie musiała samotnie przejść, będzie długa i niebezpieczna.

Mam przyjaciółkę i bardzo się o nią martwię. Mam też Boga, w którego wierzę i który słucha.

W czasie pobytu Eweliny w szpitalu będę szturmować niebo. 
Zbieram ekipę szturmową :)

„Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie.”Mt 18,19

Codziennie- od 9 września aż do końca pobytu mojej przyjaciółki w szpitalu- będę odmawiała różaniec o jej bezpieczne przejście przez leczenie. Szukam hardcore'ów o kryształowych sercach, którzy chcieliby przyłączyć się do mnie i poświęcić 20 min dziennie na taki szturm. Różaniec jest trudny, ale Ewelina jest warta każdego trudu. Sądzisz, że nie podołasz? To może jedna dziesiątka różańca będzie Ci odpowiadać i Cię nie zniechęci?

Napisz do mnie, zgłoś się, pomóż mi w walce o przyjaciółkę.

Zdrowaś Mario.



piątek, 30 sierpnia 2013

Rak Back

Minął tydzień od momentu, kiedy dowiedziałam się, że mąż do mnie wrócił. Sukinsyn siedzi w moim biodrze. Potrzebowałam tygodnia, żeby to do mnie dotarło.

Dotarło.
Nadal jestem szczęśliwa
I wierzę.

Pół godziny po werdykcie sfotografowała mnie siostra. 
Spokojną, w spokojnej wodzie.


niedziela, 18 sierpnia 2013

Niedziela

Niedziela- niby dzień wolny od pracy, ale nie dla mnie. Idę do ogródka poleżeć na trawce. Potem planuje jeszcze przewrócić się na drugi bok a później przesunąć się bardziej w prawo. Takie plany na dziś.


Raj dla zmysłów. Ściągam gumowe klapki, rozkładam polarowy kocyk, kładę się i próbuję dopasować swój krzywy kręgosłup do pagórków i dołków, które żyją tylko po to, aby uciskać. Do mych nozdrzy dochodzi subtelny zapach obornika uwalniający się niczym egzotyczne kadzidło z pobliskiego gospodarstwa. Kura w swoim mini kurniku cieszy się z jajka, które zniosła. Raduje się tak głośno, że zagłusza psa. Ten zaś szczeka na wróbla upijającego mu wodę z miski. Gwar i larmo.

Jestem w centrum uwagi okolicznych mieszkańców. Bzyk sprawdza, jak się siedzi na moim zgiętym kolanie. Pająk przebiegł mi po dłoni, żeby mnie przestraszyć. Komar przysiadł na ramieniu- zginął na miejscu. Mrówka sprawdza moją reakcję na ugryzienie. Szpak zrzucił z drzewa zwłoki czereśni. Pudło! Ze źdźbeł trawy wychodzą okoliczni mieszkańcy i sprawdzają kto położył się na łonie ich matki. Podczas godzinnego leżenia spotkałam mnóstwo tubylców, których imion nie znam. Między grządką selera i pomidora poczułam się jak intruz w świecie tysiąca obcych mi stworzeń.

Na mojej twarzy ląduję nitka pajęczyny. Przez gałęzie czereśni przebija się niebo, a w nim Anka, Karolina, Iga, Dorota… I całe mnóstwo tych, którzy patrzą na mnie z góry, choć bez zadzierania nosa. Oni są tam a ja jestem tu. Jestem. Nie boję się, nie martwię, leżę i się cieszę. Od tak, bo żyję, więc powód mam wystarczający.

Leniwa niedziela i na obiad leniwe kluski. Rzucam się na moją odpoczywającą na kanapie mamę, obcałowuję jej twarz, cmokam i tulę, ściskam i miłość wyznaję...
- Kocham Cię, wiesz?
- Wiem, ale najpierw idź umyj zęby.

Kurtyna w dół.







wtorek, 16 lipca 2013

Kot w pustym mieszkaniu

Grzebię w szafie. Nie ma, nie ma, nie ma. Kolor czarny nie występuje. Tylko ta garsonka na swój pogrzeb. Niech wisi i czuje się niepotrzebna. Pożyczam czarną bluzkę od mamy. Wsiadam w autobus. Jadę spotkać się z Igą.

Po dwóch godzinach podróży docieram do kościoła i dopiero wtedy dochodzi do mnie, dlaczego tu przyjechałam. Wchodzę i zostaje oszołomiona widokiem. Przecież wiedziałam, że to pogrzeb Igi. Dlaczego więc zszokował mnie widok trumny w kwiatach? Słabnę. Właśnie dotarło do mnie, że Iga nie żyje. Jej kokieteryjny uśmiech w drewnianej ramce aż prosi się o odwzajemnienie. Wciągam fragmenty zimnego, kościelnego powietrza, płacz kroi wdech na kawałeczki. Nie siadam z tyłu, jak przystoi niekrewnemu. Chcę być blisko Igi.

Przecież jeszcze niedawno rozmawiałam z Igą. - Jak się czujesz? – Dobrze/ masakra/ nawet nawet/ szału nie ma. Wymieniłam z nią niejednego wylewnego sms-a : -Jak tam?. –Szkoda gadać. Teraz siedzę w ławce i zastanawiam się, co chciałabym jej powiedzieć. Zastanawiam się, ile jeszcze siedzi tu ze mną osób, które tak jak ja chcą ufać, że jeszcze jest sens mówić. Kościół wypełnił się wierzącymi- że nie jest za późno na słowo, które nie zostało wypowiedziane. Z braku czasu albo odwagi.

W drugiej ławce siedzi on- miłość życia Igi. Po pogrzebie wróci do siebie, choć nie szybko do siebie dojdzie. Został- jak kot w pustym mieszkaniu.

Najtrudniejszy dla mnie moment pogrzebu: złożenie trumny do grobu i ostatnie "pa Kochana". Iga znika z horyzontu, przyjmuje ją ziemia, po której już nie będzie twardo stąpać. Stoją i patrzą- Odrętwieni, Niedowierzający, Porzuceni, Rozżaleni, Niepożegnani. Stoją  i starają się głośno nie płakać. Stoją i pilnują, aby spuszczone ze smyczy kontroli mięśnie twarzy nie uformowały grymasu rozpaczy. A więc odeszła, poszła, nie wróci już. Zostały tylko niedokończone rozmowy i niedokończone młode życie.


Przygląda mi się jakaś kobieta. Podchodzi.  – Pani Grażyna? – Nie, Marzena- odpowiadam. A Pani jest mamą Doroty?- pytam.  Nieoczekiwanie na pogrzebie Igi spotkałam rodziców Dorotki, dziewczyny, której  nigdy na oczy nie widziałam, choć rozmawiałam z nią nie raz. Była przyjaciółką Igi, jej bratnią duszą ze szpitala. Czasami w trójkę wisiałyśmy na telefonie i porozumiewałyśmy się pomiędzy swoimi izolatkami licytując się, która ma twardsze łóżko. Dużo łączyło nasze trio. Wszystkie związałyśmy się na poważnie z Chłoniakiem i jako lojalne wobec siebie kobiety regularnie obmawiałyśmy tego niegodziwca, który uprawiał nierząd zaciągając do szpitalnego łóżka nas i inne młode niewiasty.

Z Dorotą byłyśmy w tym samym czasie w szpitalu na przeszczepie szpiku. Ja wróciłam do domu, ona nie.  Nie mogłam być na jej pogrzebie i bardzo żałowałam.  Proszę więc jej rodziców, żeby mnie do niej zabrali. Wysiadamy z samochodu. Jestem. Witam się. Nie lubię, jak ktoś nie odpowiada mi cześć. Tak, ja też chcę żebyś mnie słyszała.

Każdy z bliskich Igi i Dory został sam- trochę albo całkiem. Jak „Kot w pustym mieszkaniu” Szymborskiej.

Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.

I żadnych skoków pisków na początek.

środa, 22 maja 2013

Pełnia


Minął pełny miesiąc: pełny dobra, pełny ważnych wydarzeń, pełny wspaniałych lekcji o tym, jaki świat jest przyjazny i ludzie w nim krusi. Pełnia życia i jego końca. Informacja o tym, że potrzebuję pieniędzy na leczenie rozdmuchała się niczym kłębek kurzu w moim pokoju, od ściany do ściany smagany przeciągiem… I nic nie szkodzi, że nie brzmi to dobrze.

O tym, że świat jest dobry wiedziałam zawsze, ale tej wiosny zmoczyła mi głowę ulewa miłości, serduszek i innych przymilności. A zaczęło się od pewnej Kasi, internautki która zaoferowała mi swoją pomoc. Z nieba czasem wspaniałe rzeczy spadają i ona tak spadła. Okazało się, że Kasia ma fantastyczne zdolności organizatorskie, jest menadżerem z zawodu i z zamiłowania a swoją olbrzymią wiedzę i  doświadczenie  postawiła wykorzystać, aby mi pomóc. Jest ciepłą, niezwykle życzliwą osobą, która każdego dnia prawie cały swój wolny czas poświęca sprawie pozyskiwania dla mnie funduszy na leczenie. Jest niesamowicie skuteczna, pomysłowa i odważna. Imponuje mi mądrością, zaradnością i dobrocią, jest moim mentorem, do którego mogę zadzwonić w absolutnie każdej sprawie. Ale to nie koniec manny z nieba. Niebawem w moim życia pojawia się druga kobieta o kryształowym sercu. Ewelina Olender- mądra, dobra i piękna dziewczyna, która choruje na białaczkę zaoferowała mi swoją pomoc, choć sama jest w potrzebie. Jest zabawną, inteligentną i zaradną dziewczyną, która codziennie poświęca swój cenny czas, aby wspierać mnie w walce. Co łączy te niewiasty? Obie mają ogromne serce. Kobiety, których nigdy nie widziałam na oczy zdecydowały się mi pomóc i dały mi porządnego kopa do działania a swoją postawą pokazują mi jak bardzo można być oddanym drugiemu człowiekowi. Żadne egoizmy, żadne zniechęcenia nie zatrzymały tych cudownych kobiet. Poświęcają dla mnie swój czas, który mogłyby przecież spędzić ciekawiej, przyjemniej. To one założyły konto na Facebooku Misja RAKiJA, gdzie gromadzimy wokół siebie osoby, które chcą mnie wspierać. Są cichymi bohaterkami, które codziennie załatwiają dziesiątki spraw związanych ze zbiórką pieniędzy. Są bohaterkami, które sprawiają, że jestem pełna spokoju i wiary. Nie mogę doczekać się dnia naszego pierwszego spotkania, choć wiem, że nie byłabym w stanie tak bardzo ich wyściskać jak na to zasługują. Chciałabym być ich lustrem, chciałabym odbijać tak jak one światło.

fot.Paweł Gąsior
Napisał do mnie kolega ze studiów- Mateusz. On również dołożył swój promyk światła do mojego życia. Moro- bo tak na niego mówiliśmy na studiach- wpadł na pomysł, jak mi pomóc, nie mając żadnych środków finansowych, żeby to zrobić. Dnia pewnego napisał do mnie opowiadając mi o swoim pomyśle- genialnym w swojej prostocie. I zrobił to co zamierzał, nie ulegając zniechęceniu i nastrojom motywacji. Na allegro pojawiła się oferta w której Mateusz wystawił siebie na sprzedaż, a raczej nie tyle siebie co swój czas, a pieniądze za które byłby wylicytowany, w całości miały zostać przekazane na moje leczenie. Pomysł niezwykły i szalony. Zrobił to! Nie trzeba było czekać długo na efekty, cena rosła z dnia na dzień. Dzięki Mateuszowi i jego kreatywnemu pomysłowi na pomoc, informacja o aukcji, oraz o tym, że zbieram na leczenie, w mig rozeszła się w mediach. Licytacja czasu Mateusza zakończyła się kwotą 4050 zł a aukcję wygrało radio radio RMF FM To co zrobił dla mnie Moro było niezwykłe, nie tylko dlatego, że dzięki licytacji, którą stworzył udało się uzbierać tak dużą sumę i że dzięki niemu sprawa mojego leczenia poszła w eter. To co dla mnie zrobił było niezwyczajne również dlatego, że nie byliśmy w tak bliskiej relacji, żebym mogła spodziewać się, że zrobi dla mnie coś tak ważnego. Jednak dla niego brak wyraźnej zażyłości nie stanowił żadnej przeszkody, chciał mi pomóc, więc znalazł na to sposób. Jest fantastycznym facetem.

To nie wszyscy. Ludzi, którzy sprawili, że moja wiosna jest wiosną najpiękniejszą, jest o wiele więcej. Chciałabym ich wszystkich przedstawić tym, którzy nie wierzą w bezinteresowne dobro drugiego człowieka. A jeszcze bardziej chciałabym być kiedyś tą, która jest przedstawiana.

 Szerokim echem odbiła się w polskich mediach inicjatywna Mateusza. Rozdzwoniły się telefony, dostaliśmy wiele propozycji spotkań i wywiadów. Prasa, radio, telewizja… Nie jestem nieśmiała, ale to wyzwanie przewyższało moje zdolności panowania nad stresem. Na każdą propozycję wywiadu miałam ochotę odpowiedzieć „Nie dziękuję, nie jestem zainteresowana”, bo tak mi podpowiadały moje drżące kolana. Niestety- formułka wyuczona w dzieciństwie specjalnie na potrzeby rozmów z telemarketingowcami, w tym wypadku nie służyła mojej sprawie. Wiedziałam, że jeśli chcę uzbierać pieniądze na leczenie i rozstać się z Hodgkinem raz na zawsze, musi się o tym dowiedzieć jak najwięcej osób.

Dzwoni telefon, odchrząkuję przygotowana na odpowiedź „Tak, oczywiście, bardzo chętnie porozmawiam”.
- Hej, tu Wiola. 15 minut temu zmarła Iga.

Iga- spędziłam z nią ostatni pobyt w szpitalu. „Metalówa” ale bez czarnych, długich włosów. Bez jakichkolwiek. Młoda, energiczna i temperamentna babeczka. Była otwarta, rozmowna, pełna wiary w wyzdrowienie, zbyt wściekła na raka, żeby mógł sobie z nią fikać. Leżałam z nią tydzień, później zostałyśmy rozdzielone na izolatki, więc wisiałyśmy na telefonie. Samotnie wychowywała dzieci i świetnie sobie radziła. Na dodatek poznała wspaniałego mężczyznę, który opiekował się jej dzieciaczkami, kiedy ona spędzała tygodnie na droczeniu się z rakiem. Iga była taka ciepła i żywiołowa. Cieszyła się, bo miała całkowitą remisję choroby a na autoprzeszczep przyszła tylko po to, żeby zwycięsko zakończyć leczenie. Ona była wtedy tą, która miała lepiej. Chorowała na chłoniaka i wydawało się, że już go pokonała. Niestety- jakiś czas później dzwoniła do mnie, że ma wznowę, poszło na wątrobę i płuca. Znowu szpital i kolejne chemie. Jeszcze tydzień temu rozmawiałyśmy: płakała do telefonu, powiedziała, że jest źle i żebym się za nią modliła. Nie potrafię uwierzyć w to, że już jej tu nie ma i że więcej nie pogadamy.

Wchodzi do pokoju mama, słyszy moją rozmowę z Wiolą. Siada i ścierką kuchenną wyciera łzy. O Idze mówiłam jej wiele razy, razem się za nią modliłyśmy. Czuję się okropnie. Czuję się okropnie, a pogoda taka piękną i ludzie do mnie dzwonią radośni i z dobrym słowem. Czuję się okropnie a topola kwitnie i rzuca cień na wiarygodność istnienia smutku. Czuję się okropnie a do mikrofonu opowiadam o radości i walce.



Kochani, w dalszym ciągu pragnę prosić Was o pomoc. Mam ok 20% całej kwoty. Dziękuję wszystkim, którzy do tej pory mi pomogli, a dzięki którym bliżej mi do celu. Życzliwość krąży i jestem pewna, że pewnego dnia wróci do nadawcy :) Uruchomiłam PayPal’a. Choć jeszcze dobrze nie wiem, jak działa to ponoć chcącym zrobić przelew wystarczy mój mail: m.erm@vp.pl. W dalszym ciągu możecie pomóc mi wpłacając darowiznę na konto Fundacji Rak’n’Roll Wygraj Życie o numerze 93 1140 2017 0000 4402 1296 2443 z dopiskiem „Dla Marzeny Erm”.

Tymczasem ruszamy z aukcjami na Allegro! Rozpoczęliśmy licytacje charytatywne, z których cały dochód wesprze moje leczenie. Jest wiele ciekawych pozycji a będzie jeszcze więcej- kupujcie i udostępniajcie :) A może macie jakieś wartościowe rzeczy, które chcielibyście przekazać na aukcję? Rękodzieło? Nowa książką, którą kupilście, przeczytaliście a teraz marnuje się na półce? Jakieś inne pomysły? Jeśli tak, piszcie na adres misja.rakija@gmail.com, tam skontaktują się z Wami wspaniałe kobiety o kryształowych sercach :)

środa, 17 kwietnia 2013

Historia związku

Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli, w zakładce "RAK i JA- historia związku" czeka nowy post. Dobrej nocy!

piątek, 12 kwietnia 2013

Moja pierwsza poważna rola


Rolę „uszczypniętej” przez raka Reżyser zaproponował mi prawie dwa lata temu. Propozycja nie do odrzucenia i to w sensie dosłownym. Przejęłam się swoją nową rolą a że lubię przebieranki i nietypowe scenerię, szybko wskoczyłam w piżamkę i pozwoliłam zamknąć się w szpitalu onkologicznym. Kroplówki, łóżko na kółkach i inne rekwizyty pomogły mi wczuć się w rolę. Tak, już do mnie dotarło- jestem chora na raka.

Zostałam przymuszona do odegrania nowej roli ale nie pozostawiono mnie bez wyboru. Mogę realizować jeden z trzech scenariuszy:
1) Położyć się i użalać nad sobą podsycając w sobie zgorzkniałość, żal do świata i poczucie niesprawiedliwości ;
 2) Żyć udając, że nic się nie zmieniło i kurczowo trzymać się rzeczywistości sprzed choroby frustrując się, że to takie trudne; lub
3) Przyjąć to co mnie spotkało, zaakceptować to,  czego nie mogę zmienić i zmienić to, co mogę a co będzie prowadzić mnie do zdrowia. I garda w górę!

Wybrałam scenariusz trzeci, lecz wiem, że nie jest on jednorazowym wyborem. Wiem jeszcze coś-  decyzję o tym, o czym opowiadać będzie ta historia podejmuję ja. Zbiór faktów jest stały ale to, jakie będą one miały znaczenie dla całości sztuki, podlega mojej decyzji. Jedno jest pewne- chcę zagrać swoją rolę najlepiej jak potrafię.

Na kogo padnie na tego bęc.

Nie pytałam nigdy- dlaczego ja. Zastanawiające jest to, że nie mamy skłonności do zadawania sobie takiego pytania, kiedy „akurat nam” wydarzy się coś dobrego. Jest pewne: nie będzie jak dawniej. Więc jak? Gorzej? Lepiej?

Mogłoby się zdawać,  że choroba nowotworowa to wyrok: Ja Rak skazuję Ciebie na ból, samotność, cierpienie, śmierć… To jakby synonimy choroby nowotworowej. Utarło się, że życie z tak poważną chorobą nie może być życiem szczęśliwym, satysfakcjonującym, radosnym. Ponura mina i poważny ton jest wręcz wskazany podczas wymawiania słowa „rak”. Nie można też opowiadać o swojej chorobie tonem lekkim i pobłażliwym, bo pomyślą, żeś niespełna rozumu, albo że udajesz. Nie chodzi jednak o to, aby pozować, aby uśmiechać się przez łzy. Ważne jest, aby nie utożsamiać choroby jedynie z cierpieniem i stratą, strzec się przed tym, aby nie wyolbrzymiać cierpienia i nie umniejszać radości. Mur wydaje się wielki, kiedy stoimy zbyt blisko. Z daleka widać o wiele więcej i łatwiej złapać dystans. Ważne też, by być świadomym, że mamy realny wpływ na to, co się z nami dzieje i w jakiej kondycji psychicznej jesteśmy. Sytuacja życiowa w jakiej się znajdujemy jest taka jaką sobie ją wyobrażamy a nasze poczucie szczęścia czy nieszczęścia bardziej wynika z naszych przekonań niż okoliczności.

Choroba nowotworowa to nowe i z pewnością trudne doświadczenie, ale traktuje je jako niezwykle cenną lekcję:  lekcję pokory, dystansu do rzeczy błahych, lekcję odwagi, lekcję z miłości do świata i Boga, lekcję z motywacji, lekcję z wrażliwości i ofiarności, lekcję z krzesania iskier nadziei. Nawet tak pozornie zabójcza relacja jak związanie się z rakiem i dzielnie z nim swojego ciała może wnieść w życie coś wartościowego, dobrego, mądrego. Postanowiłam- chce zrobić ze swojej choroby użytek. Ujeździć ją, dziką i niebezpieczną wziąć pod siodło i oswoić.

Jestem skończona

Czas choroby to moment, kiedy zatrzymujemy się i pochylamy nad sprawami, które do tej pory nie absorbowały zbytnio naszej uwagi, jak choćby przemijanie. Dotkliwe odczucie tego, że nasze ciało ma termin swojej ważności przypomina nam, że nie jesteśmy tu już na zawsze. Kiedy ta oczywistość przestaje być już tylko tematem do dywagowania, ale staje się rzeczywistością- tutejszą i bliską jak podkoszulka- trudno o radosne pogwizdywanie. Nagle okazuje się, że trzeba się określić, zająć stanowisko, podjąć decyzję i powziąć działanie. To czas na konfrontacje naszych pragnień i pomysłów na życie z tym jak faktycznie żyjemy, to czas na realizacje marzeń i planów, które zostawiliśmy na kiedyś, to moment, kiedy trzeba zadać sobie pytanie o to, co na prawdę jest ważne, czy aby na pewno hierarchia naszych wartości jest mądrze zbudowana, czy prowadzi nas do szczęścia. Przy zderzeniu naszych pragnień z rzeczywistością można nabić sobie guza, ale to pierwszy krok ku zmianom. Świadomość bycia skończonym pobudza do życia.

Kiedy stajemy oko w oko ze śmiercią budzi się instynkt przetrwania. Nagle okazuje się, że mamy w sobie więcej sił i motywacji niż przypuszczaliśmy, że nasz organizm jest w stanie wykrzesać w sobie znacznie więcej energii niż gdy nie miał żadnych trudności do pokonywania. Życie z perspektywą bliskiej śmierci jest bardziej esencjonalne- jak krótkie wakacje, które chcemy maksymalnie wykorzystać nie marnując ani chwili. Choroba mówi STOP, każe zatrzymać się i przypatrzeć temu, co do tej pory było tylko mignięciem w pędzie życia. Można zobaczyć, czego się nie widziało, oddzielić na zatrzymanym obrazie rzeczy ważne od błahych. To pole na którym można przyjrzeć się sobie i drodze, którą podążamy. Mamy pretekst, żeby zastanowić się, czy to co robimy, to jak żyjemy daje nam szczęście i satysfakcję czy może tylko chwilową przyjemność.

Myślę, że jest olbrzymia różnica w tym, jak przeżywa swój czas ktoś zdrowy, kto wierzy, że temat skończoności może zostawić sobie na czas emerytury niż ktoś, kto zmaga się z chorobą zagrażającą jego życiu już dzisiaj. Owszem, można zmagać się z rakiem i nie mieć pragnienia zmieniania czegokolwiek, być biernym i podlegać jedynie nastrojom choroby.  Wybierając tę opcję nie dajemy sobie jednak szansy na nowe doświadczenia, które mogą zaowocować nie tylko polepszeniem sytuacji zdrowotnej ale również zwiększyć poczucie szczęścia i spełnienia. Choroba to nie tylko trudności, ale bagaż doświadczeń, które mogą sprawić, że staniemy się mądrzejsi, silniejsi, bardziej świadomi wielu ważnych spraw, bardziej kochający, lepiej rozumiejący siebie i świat.

Choroba moim nauczycielem, nie panem.

Choroba nowotworowa to ciężka walizka, którą ciągniemy za sobą i która spowalnia nasze kroki, ale sami możemy zdecydować, co z niej wyrzucić aby było nam lżej. Tylko czego się pozbyć? Co może przydać się na drogę? Złość? Wygórowane ambicje? Poczucie bycia skrzywdzonym? Raczej nie. Wyrzucam.  Zostawiam za to: wyrozumiałość dla siebie i świata, okulary, żeby widzieć ostro cel swojej drogi, bystre spojrzenie, żeby nie przegapić żadnego powodu do radości, wdzięczność za to, że jestem, że są moi przyjaciele, za każdy dzień kiedy budzę się bez bólu. Biorę ze sobą tylko to, co pomoże mi przebiec maraton trudności. O, jeszcze czekolada.

Choroba jest klasztorem, który ma swoją regułę, swoją ascezę, swoją ciszę i swoje natchnienia- jak mawiał Albert Camus. Wszystko to sprzyja głębszemu spojrzeniu na swoje życie, w ciszy łatwiej siebie usłyszeć. Każdego dnia staje przed decyzją wyboru scenariusza i choć miewam słabsze dni, to konsekwentnie wybieram scenariusz trzeci, bo wiem, że realizując go stworzę wspaniałą sztukę o swoim życiu. Sztukę o życiu szczęśliwym.

Mam 25 lat i wszystko co najlepsze dzieje się teraz.

Artykuł opublikowano na stronie http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/poradnia/art,279,rak-na-opak-sztuka-o-zyciu-szczesliwym.html Jest tam jeszcze kilka innych artykułów dla rak'n'roll'owców, nie mojego autorstwa, ale polecam je, bo dają mocnego kopa.


Czuję Wielkie Uff. Mogę zacząć działać! Wszystko sprawnie udało się załatwić, Fundacja Rak'n'Roll Wygraj Życie wzięła mnie pod swoją opiekę. Nie ma chyba skuteczniejszej armii w bitwie o życie. Wytoczymy ciężkie działa na Raka! Możecie przyłączyć się do walki- bez pomocy ludzi dobrej woli nie uda mi się wygrać tej wojny, choćbym nie wiem jak była zdeterminowana, by zwyciężyć. Nie wiem jeszcze, ile dawek leku będę mogła przyjąć, ale nie mniej niż 5 a to już ok. 200 tys złotych... Ile ich dokładnie będzie- wyjdzie w praniu i o tym również Was poinformuję.

Proszę Was o pomoc. Jeśli nie rozliczyliście jeszcze swoich PIT-ów możecie pomóc mi przekazując 1% na moją walkę. Należy w rubryce "opp" wpisać numer KRS Fundacji KRS 0000338803 a w rubryce "informacje uzupełniające" KONIECZNIE wpisać "Dla Marzeny Erm". Dla ułatwienia można ściągnąć program do wypełniania zeznać rocznych: http://raknroll.pl/jak-mozesz-nam-pomoc

Możecie mi również pomóc wpłacając pieniądze na konto Fundacji 93 1140 2017 0000 4402 1296 2443 , do takiej wpłaty KONIECZNE jest dodanie dopisku "Dla Marzeny Erm".


Przelewy z zagranicy:  nr 93 1140 2017 0000 4402 1296 2443, z dopiskiem  "dla Marzeny Erm".
IBAN:PL; NR BIC (Swift) BREXPLPWMUL; Multibank, Bankowość Detaliczna BRE Banku

Co jeszcze możecie zrobić? Możecie opublikować ten post na portalach społecznościowych, wysłać go do rodziny i przyjaciół. Może ktoś z Waszej rodziny czy znajomych jeszcze się nie rozliczył? Im więcej osób się dowie o tym, że jakaś tam Marzenka potrzebuje pomocy, tym mam większe szanse na to, że uda mi się uzbierać na ten lek. Wiem, że mogę wygrać tę wojnę, bo dobrych ludzi, którzy mogliby mi pomóc jest mnóstwo. Muszę jednak najpierw do nich dotrzeć i również na tym polu proszę Was o wsparcie. 

Yes, I cancer




niedziela, 7 kwietnia 2013

Kochani,
Musiałam pierwszy raz od chwili uruchomienia bloga zacząć moderować komentarze, bo w niektórych obrażaliście siebie nawzajem a i mnie się czasem oberwało. Nie znałam mocy internetu od tej strony, mój blog miał być moim dziennikiem choroby i  nie sądziłam, że może stać się miejscem oskarżeń, pomówień, kłótni, podejrzeń. Dostałam też dziesiątki komentarzy o jakiejś innej blogerce, która Was rzekomo oszukała. Nie publikowałam ich, bo nie znałam sprawy i nie chciałam, żeby mój blog stał się przestrzenią do wyjaśniania domniemanego oszustwa kogoś innego. Nie rozumiałam, skąd ta nagła nieufność i oskarżenia wobec mnie, ale teraz już wiem, że była ona związana właśnie ze sprawą Eksmisji, na której się sparzyliście. Po zapoznaniu się z jej sprawą, Wasza nieufność wobec prawdziwości mojej choroby i wytężona czujność stała się dla mnie zrozumiała. Pojawiło się dzisiaj wyjaśnienie Eksmisji na jej reaktywowanym blogu, z którym myślę, że "poparzeni" powinni się zapoznać http://eksmisja-sublokatora.blogspot.com/ . Dla mnie ta sprawa jest nowa ale i bardzo przykra, nie wiem nawet co o tym myśleć. Wiem natomiast, że nie chcę, aby sprawa dotycząca wyjaśnień Eksmisji toczyła się na moim blogu, dlatego zablokowałam możliwość dodawania komentarzy do tego posta. Muszę się skupić na swoim życiu i swoim zdrowiu, muszę działać i mam nadzieję, że rozumiecie, że nie mam czasu na przeszukiwanie internetu, śledzenie innych blogów i sprawdzanie, czy nie są fałszywe i nie chce być wkręcana w historię przekrętów osób, których nawet nie znam.

A teraz najważniejsze, czyli o dobrej stronie internetu :)
Dostaje od Was mnóstwo maili z propozycją pomocy i pomysłami na akcje. Dziękuję za nie! W przyszłym tygodniu powinnam mieć już uruchomione subkonto w fundacji, dopiero wtedy będzie można zacząć działać i realizować pomysły. Okazuje się, że jest wśród Was mnóstwo fantastycznych osób, które chcą wykorzystać swoje możliwości, talenty i czas, aby mi pomóc, to cudowne! Życzę Wam spokojnej niedzieli i do usłyszenia :)