poniedziałek, 23 grudnia 2013

Nikt nie podpowie

Pani, która leży naprzeciwko mnie, lepiej niż ktokolwiek wie, jak opuszczać ciało. Nie wiadomo jednak do końca, czy to ona opuszcza ciało, czy ciało opuszcza ją.

Jestem zawstydzona patrząc na panią Marię. Bezwstydnie obnaża się na niej śmierć. Pani Maria nie waży pewnie więcej niż gdy miała 8 lat. Nie dałabym jej jednak mniej niż 75 lat. Jej metryczka z kolei wskazuje na zupełnie inną kompilacje cyfr 7 i 5. Pani Maria ma 57 lat i jest u kresu swojej podróży. Bez biletu powrotnego.

Jest drobna, ma poranione od odleżyn ciało, nie je, nie pije, mówi szeptem, który można usłyszeć jeśli tylko przystawi się ucho do jej popękanych- jak spalona słońcem ziemia- ust. Nie ma mowy więc o wykrzyczeniu bólu. Cierpi cicho, zbyt bezsilna na utyskiwanie.

Pomyślałabym, że pani Maria nie sypia w ogóle, gdyby nie to, że przyłapałam ją na śnie. Poruszała ustami, jak gdyby z kimś rozmawiała. Drżały jej wargi i wyciągała rękę przed siebie, jakby próbowała czegoś bezskutecznie dosięgnąć. Zastanawiam się, czego pani Maria może teraz chcieć najbardziej, najpożądliwiej, najbłagalniej. Z dóbr powszechnych nieosiągalne jest dla niej chyba wszystko- przełykanie, wydalanie, ruch, głęboki oddech… Nie mam bladego pojęcia, jak Pani Marii jest źle, jak jest głodna i spragniona, jak ją boli, jak cierpi. Zjadłaby zapewne konia z kopytami, ale nie potrafi przełknąć nawet łyżeczki kisielu. Wypiłaby całą wodę z Wisły, ale nie potrafi napić się łyczka. Wzięłaby dupę w troki, ale nie podniesie nawet głowy.

Do walki zagrzewa ją córka: „Mamo, jesteś silna, dasz radę”. Pani Maria ani nie ma sił, ani nie daje rady. Dobrze o tym wie, ale kiwa córce głową na znak, że weźmie jej słowa do serca, byleby tylko sprawić jej tym przyjemność i dać poczucie ulgi, że ma jeszcze na coś wpływ w tej bezradności. Pani Maria kiwnięciem głowy złożyła obietnicę, której nie może spełnić.

Bo jak być silnym, kiedy jest się bezsilnym? Jak dać radę, kiedy nie ma już żadnej rady?

Nikt nie podpowie.




Kochani, wracam dziś ze szpitala. Wigilię spędzę w domu, w moim rodzinnym szczęściu. Na Święta życzę Wam tego właśnie rodzinnego, prostego szczęścia. Szczęścia, które jest przywilejem o którym często zapominamy. No i nie zapomnijcie zaprosić na święta Jezusa! Trudno, żeby nie było solenizanta na Jego własnych urodzinach :) A jeśli możecie- szepnijcie o pani Marii coś Bogu na uszko. Niech jej dobrą miejscówkę w niebie szykuję!

czwartek, 19 grudnia 2013

Piepszenie w bambus jako jedno z zagadnień medycznych

Iga, koleżanka szpitalnej niedoli, obchodziłaby dziś huczne urodziny, gdyby nie fakt, że poprzednie były jej ostatnimi. Chłoniak ją wchłonął, choć nie musiał, ale lekarze zmacali i stwierdzili, że ten guzek na cycku, to pewnie jakieś zwłóknienie, a nie nawrót choroby. Diagnoza "na oko" nie sprawdziła się. "Na oko" to chłop w szpitalu umarł- jak mawia moja mama.

Urodziny Igi to jeden z tych dni, kiedy wściekam się i mam ochotę dać nauczkę wszystkim, którzy mieli swój wkład w śmierć tych młodych ludzi, którzy mogli żyć, ale uwierzyli w nieomylność lekarzy. Biały kitel, serdeczny uśmiech i "zrobimy co w naszej mocy", albo raczej "spartolimy co tylko się da", a potem umyjemy rączki. Ostatnio czytałam statystyki, że rośnie liczba aktów agresji wobec lekarzy. Czuję, że kiedyś  w tych wykresach będę miała swój udział.

Tym bardziej, że od prawie dwóch tygodni zadzierające nos postacie w białych kitlach powtarzają jak najęte "jutro może będziemy wiedzieć coś więcej" i ciągle odwlekają mi leczenie drugą dawką Adcetrisu, choć powinnam już je dawno przyjąć. Zwłoka w przyjmowaniu kolejnego cyklu może zmniejszyć skuteczność leczenia, które jest przecież dla mnie ostatnią szansą na zdrowie. Jaki jest powód tych opóźnień? Bardzo prosty: "Na razie nie jestem w stanie odpowiedzieć pani na to pytanie. Proszę zadzwonić jutro, albo jeszcze lepiej za tydzień, a jeśli to nie problem to najlepiej nigdy."

Zła wola to coś, w czego istnienie nie do końca wierzyłam. Niedawno stałam się jednak człowiekiem wielkiej wiary i modlę się o to, żeby i mnie nie spotkała zła wola tych, którzy zwodzą mnie uśmiechem, ładnie mówią, a wprawną gadką sprzedają mi poczucie bezpieczeństwa i usypiają czujność, bylebym sobie dała spokój z tym dociekaniem. Zapewniają, że mają rękę na pulsie. Rękę to nie powiem gdzie mają, a lek nadal nie został nawet zamówiony.


Tak, wiem, generalizuje. Nie wszyscy lekarze są partaczami, ale nie ma we mnie zgody na tych, którzy przez swoje niedbalstwo, głupotę, lenistwo i ignorancje sprowadzają człowieka do "poziomu".




czwartek, 12 grudnia 2013

"Piękna i Bestia". Telenowela brazylijska. Odcinek pierwszy.

Z ekscytacji nie mogłam zasnąć, do szpitala wchodzę więc z grubą warstwą podkładu pod oczami. To mój wielki dzień, chwila o której marzyłam. Ubrałam się więc odświętnie, usta umalowałam karminową szminką. Dzięki wielu dobrym ludziom, którzy pomogli mi ziścić moje kosztowne marzenie o zdrowiu, mogę tu dzisiaj być i czekać na pierwszą dawkę leku Adcetris.

Przygotowałam się na to, że przyjdę tu, napoję żyłę kroplówką i wyjdę. Tylko na moment, w przelocie, jak gość, który wpadł po drodze na kawę. Na miejscu okazało się, że muszę zostać. Brat, który przyjechał tu ze mną musi wrócić do domu i spakować mnie na kilkudniowy pobyt. Ja tymczasem wskakuję w szpitalną piżamkę i nie specjalnie cieszy mnie to, że spędzę tu kilka dni. Wiem, że nie czeka mnie tu nic strasznego, przyjechałam tu w końcu zdrowieć, nie chorować. Jednak na każdym rogu czyhają na mnie wspomnienia, które powodują, że po ponownym zapoznaniu się z zapachem szpitala mam ochotę uciec tam, gdzie pieprz rośnie. To jednak bardzo daleko, jest zimno, a ja mam na sobie tylko piżamę i klapki, więc rezygnuję z dalekiej podróży.

Przekraczam prób oddziału, a to wystarczający powód, abym odczuła skutki uboczne chemioterapii, której jeszcze nie przyjęłam: mdli mnie, chce mi się wymiotować, zaczyna boleć mnie brzuch. Wchodzę na salę, czuję zapach płynów dezynfekcyjnych, witam się niemrawo z nowymi towarzyszkami spontanicznych podróży od łóżka do kibelka. Panie ze średnią wieku 70 lat przywitały mnie uśmiechem- to dobry znak. Widać są jeszcze wystarczająco silne, żeby unosić kąciki ust.

Woła mnie pielęgniarka na EKG. Rozbieram stanik, poziomuje ciało na kozetce, cycuszki rozglądają się na boki. Ściągam spodnie. Mam piękną, bujnie owłosioną sarnią nogę, a to znak, że nadeszła zima. Jak pijawki zasysają się gumowe bańki aparatury na mojej skórze. Gotowe. Pielęgniarka wyrwała maszynie papierowy język, który omal nie oblizał podłogi. Sejsmograf pokazuje, że moje serce nadal dobrze bije i choć osobiście nie uznaję żadnych form przemocy, o biciu już nie wspominając, głaszczę swoje serducho w wyrazie uznania.

Wracam na salę. Jest tu jakoś dziwnie. Panie ze sobą rozmawiają. Tak, to bardzo dziwne, nie wiem tylko czemu. Aha, telewizor nie działa? Nie działa. Płaski kineskop wisi na ścianie, ale szpitala ponoć nie stać na dekoder. Telewizor wisi więc jak obraz, a w jego plastikowej ramie można podziwiać nieruchomą głębię czerni ekranu. Nad wyraz to nieekscytujące. Nie działa telewizor, pożeracz cennego czasu, marny budowlaniec relacji w rodzinie, twórca złudnego poczucia bycia blisko świata. Nie działa telewizor, a to znak, że będzie się działo.

Pani Urszula, Wanda i dwie panie Jadwigi. Emerytki w zaawansowanym stopniu dojrzałości. Cudowne kobiety, otwarte, radosne, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Jedna z Jadwig pracowała jako animatorka postaci Misia Rymcimci i podkładała głos do wielu znanych mi z dzieciństwa bajek. Potrafiła naśladować głos kilkuletniego dziecka, ale najzabawniejsza była, gdy naśladowała staruszkę, choć sama miała 74 lata. Zafundowała nam godzinę szczerego śmiechu. Dzień zaczynała od pomalowania ust na czerwono, odwiedzał ją bowiem pewien urodziwy lekarz, a wiadomo- krew nie woda. Biedak. Zbyt przystojny, żeby obyło się bez komentarzy, bo jego wyjściu…

Pani Urszula: No piękny lekarz, trzeba przyznać. Mnie wypada adorować jawnie lekarza, bo jestem już stara. Jakbym miała 50 lat mniej, to pewnie bym się krępowała, a tak? No a trudno przejść obojętnie wobec takiego młodego, wyrzeźbionego ciała…
Pani Wanda: To, że jesteśmy stare nie znaczy, że nie lubimy sobie popatrzeć.
Pani Jadwiga: No bo cóż jest złego w podziwianiu piękna? Mam artystyczną duszę wrażliwą na takie bodźce estetyczne!- dodała wytwornie animatorka z wiśniowymi ustami.

Och, cudne te kobiety. Piękne, zadbane, emanowały energią i seksapilem. Pozwoliły mi zapomnieć o zapachu antybakteryjnego mydła i nawet mdłości mi przeszły. Uwielbiam starsze panie, tyle w nich mądrości i szaleństwa. Dużo rozmawiałyśmy o mężczyznach, o kobiecości w chorobie, o miłości, tej szczęśliwej i tej Nie Był Ciebie Wart. Nie spinałam się, mówiłam swoim językiem, a kiedy stwierdziłam elokwentnie, że „mam już od tego szpitala fest zrytą psychikę”, panie przytaknęły mi na znak, że dobrze mnie rozumieją. Była między nami nić porozumienia. A nawet włóczka.

Od nitki do kłębka i tak minęły mi dni w szpitalu. Tę ważną chwilę, kiedy Adcetris spływał do mych żył, aby zidentyfikować, namierzyć i zniszczyć przeciwnika… przespałam. „Dożyłki” minęły jak z bicza strzelił, a mnie pozostało czekać na kolejne wezwanie w sprawie rozwodowej z powództwa Marzeny Erm przeciwko parszywcowi Chłoniakowi Hodgkina. Chylę przed Wami swe ogromne czoło i dziękuję, że pomagacie mi opłacić płatnego zabójcę nachalnych kochanków. Co ja bym bez Was zrobiła? Psińco- jak powiedziałby Azor. 

_________________________________________________________________________________


Filmowy Post Scriptum na dobranoc


sobota, 2 listopada 2013

Requiem

Dokładnie rok temu pochylając się nad marmurową płytą miałam okazję zadać mamię chyba najtrudniejsze pytanie, jakie może zadać dziecko rodzicowi: „Mamuś, gdzie będę leżeć jeśli niebawem umrę?”. To wcale nie było pytanie z rzędu "abstrakcyjne". I choć najpierw usłyszałam to, czego się spodziewałam: "Co Ty mówisz? Nie mów tak, wyzdrowiejesz!", to ostatecznie dostałam odpowiedź. Mama wiedziała.

Czułam się spokojniejsza znając ten szczegół. Mogłam w końcu uzupełnić o niego swoje wyobrażenie o końcu świata. Mojego, rzecz jasna. Patrzałam dziś na to miejsce ze spokojem- a jednak żyję. Ziemia pusta. Odłożyłam umieranie na potem. Póki co czeka mnie piękna jesień, potem zima, wiosna, lato i tak dalej. Czuję, że wszystko jeszcze przede mną. Plany mam takie: zdrowieje, zakochuje się, przenoszę góry. Albo w odwrotnej kolejności.

Preisner jak znalazł na dziś.

Requiem not for me, uff.


niedziela, 27 października 2013

Stop Żółwiom Ninja!

W środku lasu, z bosymi stopami zatopionymi w grubym mchu dotarły do mnie polifoniczne dźwięki cywilizacji. W sekundę podniosło mi się ciśnienie krwi, bo oczekiwałam telefonu od brata z wynikami mojej ostatniej tomografii. Oho, wznowa. Okej. Nic nie szkodzi. Pewnie to nic wielkiego, a jeśli już coś wielkiego, to wielkie mi rzeczy. Przekonuje o tym siebie i rodzinę. Mam z siostrą wakacje a moi rodzice właśnie jadą na swoje, więc nie będę psuła ani sobie ani im nastroju. Kilka dni w niewiedzy nikomu krzywdy nie zrobi. Koniec tematu na najbliższy tydzień.

Zrobiłam sobie wolne, nie tylko od zbiórek pieniędzy, które bardzo mnie zmęczyły, ale i od myśli, które odciągają moją uwagę od tego pięknego miejsca, w którym jestem. Rodzina mojej koleżanki udostępniła mi domek w Człopie. Mam darmowe wakacje w przepięknej okolicy, przyroda mnie zachwyca i absorbuje. Robię zdjęcia ślimakom, pływam w jeziorze, skaczę z drzewa do wody- „na bombę”, a opiłki wody drażnią mi oczy. Poznaję dwóch czternastoletnich tubylców, którzy uczą mnie jak skakać z liny do wody, na tarzana. Mam ubaw po pachy. Oni też, bo wpadam do jeziora jak wieloryb, a oni jak leszcze przebijają się cicho przez jego lustrzaną powłokę.

Dzień powrotu. Wsiadam do pociągu. Kawał drogi przed nami, kawał czasu na przemyślenia, kawał ciasta w plastikowym pudełku. Otwieram pudełko, otwieram się sama przed sobą.  A więc mam wznowę. Pora się nad sobą poużalać. Pora wziąć się w garść. Pora na panikę. Pora na spokój. Jestem zła, rozżalona. Jestem opanowana, pogodzona. Przez kilka godzin podróży próbuję się dookreślić. Kiepsko mi idzie.

Dobrze mieć bliskich, którzy czarnym markerem, grubą kreską potrafią oddzielić w mojej głowie czarnowidztwo od jasnowidztwa, frustracje od akceptacji, bezsens od ufności i kolorowym mazakiem podkreślić to, na co mam stawiać, żeby zbliżyć się do celu. Chcę być zdrowa- to jak strzelać w ruchomy cel. Ale mam wprawę, jak jednoręki bandyta. Jedna remisja za mną, pora powalczyć o drugą.

Nie płakałam. No może raz, tyle co kot napłakał. Wiadomość o nawrocie choroby nie była dla mnie tak silnym przeżyciem jak diagnoza, którą usłyszałam ponad dwa lata temu. Być może dlatego, że jeszcze nie zdążyło do mnie dobrze dotrzeć, że mam całkowitą remisję choroby, jeszcze nie zdążyłam się ucieszyć, nie zdążyłam zaufać, że tak już zostanie. Cały czas miałam świadomość tego, że nawrót jest prawdopodobny, bałam się cieszyć, bałam się powiedzieć sobie- wygrałam.

Adcetris i nawrót, czyli szczęście w nieszczęściu. Dzięki temu, że nie osiadłam na laurach mając nadzieję, że choroba już nigdy nie wróci, udało mi się zebrać ponad 240 000 zł na leczenie! Albo raczej- udało NAM się. Gdyby nie pomoc bliskich mi osób oraz tych zupełnie mi obcych, gdyby nie Wasza pomoc- zebrałabym co najwyżej tyle, ile znalazłam bym na dnie fontanny. A tak: mam nawrót  ale i mam lek! A skoro tak- mam również nadzieję. Dziękuję za nią!

Długo się zastanawiałam, czy opublikować na swoim blogu film „RAK i JA”, w którym rozebrałam się do naga. Krępuję się wiedząc, że inni taką nagą będą mnie oglądać. Postanowiłam jednak, że to zrobię. Miałam poważne wątpliwości, ale przyjaciółka na moje obawy wystosowała bardzo rzeczowy argument: „A nie pitol”. Moja historia nie jest niezwykła. To tak naprawdę historia większości chorych na raka. Mam nadzieję, że dzięki niej zarówno chorzy jak i zdrowi znajdą odwagę do przełamywania leków przed sobą nawzajem, przed szczerością, przed dzieleniem się tym, co kryję się pod maską wymuszonego uśmiechu i zaradności. Mam nadzieję, że ta historia zachęci chorych i ich bliskich do przełamywania rodzinnego tabu, które prowadzi do izolacji i samotności. 


Dziękuję tym, którzy pomogli mi rozebrać się przed kamerą, odkryć się, pokazać, jaka jestem, albo raczej-jaka bywam, kiedy nie udaję albo nie spełniam czyiś oczekiwań. Nie, nie jestem smutasem, ale pozwalam sobie na chwile słabości. Zachęcam do tego, bo odgrywanie Wojowniczego Żółwia Ninja, który nie boi się wroga to słaba rola w filmie kategorii B. Na dodatek rola ta kosztuje dużo energii, a zbyt dużo trąbią o kryzysie, żeby nie liczyć się z kosztami.


Sobie i innym życzę jak najczęstszych okazji do takich scen rozbieranych. Czasem trudno wyjść ze skorupy samemu. Życzę wszystkim takich przyjaciół, jakich ja mam, takich, którzy zrzucą nawet ze schodów, byleby skorupa pękła i uwolniła jej więźnia. Prawdziwe Katharsis. 

poniedziałek, 2 września 2013

Jestem asertywna- odmawiam 50 razy.

Mam przyjaciółkę. Nie wiem, jaki jest jej ulubiony kolor. 
Nie wiem, czy woli trampki, czy szpilki. Nie widziałam jej nigdy na oczy.

Mam przyjaciółkę. Wiem, że jest piękna, wrażliwa i ma szlachetne serce.

Mam przyjaciółkę. Poznałam ją 5 miesięcy temu w chwili, kiedy bardzo potrzebowałam pomocy. Napisała do mnie maila z planem jak może mi pomóc. 
Ja mam raka a ona pomysł, jak mnie ratować.

Mam przyjaciółkę. Wtedy dowiedziałam się, jak się nazywa...

Ewelina- spadła mi z nieba, a jak już coś spada z nieba, to jest to albo bomba albo manna.

To była manna. Manna na mój głód nadziei, że zwyciężę swoją walkę o życie. Ewelina, od kiedy napisała do mnie pierwszy raz, jest ze mną każdego dnia i pomaga mi zebrać ogromną kasę na moje leczenie. Byłam jej zupełnie obca a ona zdecydowała się poświęcić swój czas, aby mi pomóc, czas, który jest dla niej bardzo cenny, bo...

Ewelina walczy z ostrą białaczką szpikową. 9 września, a więc już za kilka dni, ta cudowna dziewczyna idzie na przeszczep szpiku od dawcy niespokrewnionego. Spędzi w szpitalnej izolatce ponad miesiąc, a droga, którą będzie musiała samotnie przejść, będzie długa i niebezpieczna.

Mam przyjaciółkę i bardzo się o nią martwię. Mam też Boga, w którego wierzę i który słucha.

W czasie pobytu Eweliny w szpitalu będę szturmować niebo. 
Zbieram ekipę szturmową :)

„Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie.”Mt 18,19

Codziennie- od 9 września aż do końca pobytu mojej przyjaciółki w szpitalu- będę odmawiała różaniec o jej bezpieczne przejście przez leczenie. Szukam hardcore'ów o kryształowych sercach, którzy chcieliby przyłączyć się do mnie i poświęcić 20 min dziennie na taki szturm. Różaniec jest trudny, ale Ewelina jest warta każdego trudu. Sądzisz, że nie podołasz? To może jedna dziesiątka różańca będzie Ci odpowiadać i Cię nie zniechęci?

Napisz do mnie, zgłoś się, pomóż mi w walce o przyjaciółkę.

Zdrowaś Mario.



piątek, 30 sierpnia 2013

Rak Back

Minął tydzień od momentu, kiedy dowiedziałam się, że mąż do mnie wrócił. Sukinsyn siedzi w moim biodrze. Potrzebowałam tygodnia, żeby to do mnie dotarło.

Dotarło.
Nadal jestem szczęśliwa
I wierzę.

Pół godziny po werdykcie sfotografowała mnie siostra. 
Spokojną, w spokojnej wodzie.


niedziela, 18 sierpnia 2013

Niedziela

Niedziela- niby dzień wolny od pracy, ale nie dla mnie. Idę do ogródka poleżeć na trawce. Potem planuje jeszcze przewrócić się na drugi bok a później przesunąć się bardziej w prawo. Takie plany na dziś.


Raj dla zmysłów. Ściągam gumowe klapki, rozkładam polarowy kocyk, kładę się i próbuję dopasować swój krzywy kręgosłup do pagórków i dołków, które żyją tylko po to, aby uciskać. Do mych nozdrzy dochodzi subtelny zapach obornika uwalniający się niczym egzotyczne kadzidło z pobliskiego gospodarstwa. Kura w swoim mini kurniku cieszy się z jajka, które zniosła. Raduje się tak głośno, że zagłusza psa. Ten zaś szczeka na wróbla upijającego mu wodę z miski. Gwar i larmo.

Jestem w centrum uwagi okolicznych mieszkańców. Bzyk sprawdza, jak się siedzi na moim zgiętym kolanie. Pająk przebiegł mi po dłoni, żeby mnie przestraszyć. Komar przysiadł na ramieniu- zginął na miejscu. Mrówka sprawdza moją reakcję na ugryzienie. Szpak zrzucił z drzewa zwłoki czereśni. Pudło! Ze źdźbeł trawy wychodzą okoliczni mieszkańcy i sprawdzają kto położył się na łonie ich matki. Podczas godzinnego leżenia spotkałam mnóstwo tubylców, których imion nie znam. Między grządką selera i pomidora poczułam się jak intruz w świecie tysiąca obcych mi stworzeń.

Na mojej twarzy ląduję nitka pajęczyny. Przez gałęzie czereśni przebija się niebo, a w nim Anka, Karolina, Iga, Dorota… I całe mnóstwo tych, którzy patrzą na mnie z góry, choć bez zadzierania nosa. Oni są tam a ja jestem tu. Jestem. Nie boję się, nie martwię, leżę i się cieszę. Od tak, bo żyję, więc powód mam wystarczający.

Leniwa niedziela i na obiad leniwe kluski. Rzucam się na moją odpoczywającą na kanapie mamę, obcałowuję jej twarz, cmokam i tulę, ściskam i miłość wyznaję...
- Kocham Cię, wiesz?
- Wiem, ale najpierw idź umyj zęby.

Kurtyna w dół.







wtorek, 16 lipca 2013

Kot w pustym mieszkaniu

Grzebię w szafie. Nie ma, nie ma, nie ma. Kolor czarny nie występuje. Tylko ta garsonka na swój pogrzeb. Niech wisi i czuje się niepotrzebna. Pożyczam czarną bluzkę od mamy. Wsiadam w autobus. Jadę spotkać się z Igą.

Po dwóch godzinach podróży docieram do kościoła i dopiero wtedy dochodzi do mnie, dlaczego tu przyjechałam. Wchodzę i zostaje oszołomiona widokiem. Przecież wiedziałam, że to pogrzeb Igi. Dlaczego więc zszokował mnie widok trumny w kwiatach? Słabnę. Właśnie dotarło do mnie, że Iga nie żyje. Jej kokieteryjny uśmiech w drewnianej ramce aż prosi się o odwzajemnienie. Wciągam fragmenty zimnego, kościelnego powietrza, płacz kroi wdech na kawałeczki. Nie siadam z tyłu, jak przystoi niekrewnemu. Chcę być blisko Igi.

Przecież jeszcze niedawno rozmawiałam z Igą. - Jak się czujesz? – Dobrze/ masakra/ nawet nawet/ szału nie ma. Wymieniłam z nią niejednego wylewnego sms-a : -Jak tam?. –Szkoda gadać. Teraz siedzę w ławce i zastanawiam się, co chciałabym jej powiedzieć. Zastanawiam się, ile jeszcze siedzi tu ze mną osób, które tak jak ja chcą ufać, że jeszcze jest sens mówić. Kościół wypełnił się wierzącymi- że nie jest za późno na słowo, które nie zostało wypowiedziane. Z braku czasu albo odwagi.

W drugiej ławce siedzi on- miłość życia Igi. Po pogrzebie wróci do siebie, choć nie szybko do siebie dojdzie. Został- jak kot w pustym mieszkaniu.

Najtrudniejszy dla mnie moment pogrzebu: złożenie trumny do grobu i ostatnie "pa Kochana". Iga znika z horyzontu, przyjmuje ją ziemia, po której już nie będzie twardo stąpać. Stoją i patrzą- Odrętwieni, Niedowierzający, Porzuceni, Rozżaleni, Niepożegnani. Stoją  i starają się głośno nie płakać. Stoją i pilnują, aby spuszczone ze smyczy kontroli mięśnie twarzy nie uformowały grymasu rozpaczy. A więc odeszła, poszła, nie wróci już. Zostały tylko niedokończone rozmowy i niedokończone młode życie.


Przygląda mi się jakaś kobieta. Podchodzi.  – Pani Grażyna? – Nie, Marzena- odpowiadam. A Pani jest mamą Doroty?- pytam.  Nieoczekiwanie na pogrzebie Igi spotkałam rodziców Dorotki, dziewczyny, której  nigdy na oczy nie widziałam, choć rozmawiałam z nią nie raz. Była przyjaciółką Igi, jej bratnią duszą ze szpitala. Czasami w trójkę wisiałyśmy na telefonie i porozumiewałyśmy się pomiędzy swoimi izolatkami licytując się, która ma twardsze łóżko. Dużo łączyło nasze trio. Wszystkie związałyśmy się na poważnie z Chłoniakiem i jako lojalne wobec siebie kobiety regularnie obmawiałyśmy tego niegodziwca, który uprawiał nierząd zaciągając do szpitalnego łóżka nas i inne młode niewiasty.

Z Dorotą byłyśmy w tym samym czasie w szpitalu na przeszczepie szpiku. Ja wróciłam do domu, ona nie.  Nie mogłam być na jej pogrzebie i bardzo żałowałam.  Proszę więc jej rodziców, żeby mnie do niej zabrali. Wysiadamy z samochodu. Jestem. Witam się. Nie lubię, jak ktoś nie odpowiada mi cześć. Tak, ja też chcę żebyś mnie słyszała.

Każdy z bliskich Igi i Dory został sam- trochę albo całkiem. Jak „Kot w pustym mieszkaniu” Szymborskiej.

Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.

I żadnych skoków pisków na początek.

środa, 22 maja 2013

Pełnia


Minął pełny miesiąc: pełny dobra, pełny ważnych wydarzeń, pełny wspaniałych lekcji o tym, jaki świat jest przyjazny i ludzie w nim krusi. Pełnia życia i jego końca. Informacja o tym, że potrzebuję pieniędzy na leczenie rozdmuchała się niczym kłębek kurzu w moim pokoju, od ściany do ściany smagany przeciągiem… I nic nie szkodzi, że nie brzmi to dobrze.

O tym, że świat jest dobry wiedziałam zawsze, ale tej wiosny zmoczyła mi głowę ulewa miłości, serduszek i innych przymilności. A zaczęło się od pewnej Kasi, internautki która zaoferowała mi swoją pomoc. Z nieba czasem wspaniałe rzeczy spadają i ona tak spadła. Okazało się, że Kasia ma fantastyczne zdolności organizatorskie, jest menadżerem z zawodu i z zamiłowania a swoją olbrzymią wiedzę i  doświadczenie  postawiła wykorzystać, aby mi pomóc. Jest ciepłą, niezwykle życzliwą osobą, która każdego dnia prawie cały swój wolny czas poświęca sprawie pozyskiwania dla mnie funduszy na leczenie. Jest niesamowicie skuteczna, pomysłowa i odważna. Imponuje mi mądrością, zaradnością i dobrocią, jest moim mentorem, do którego mogę zadzwonić w absolutnie każdej sprawie. Ale to nie koniec manny z nieba. Niebawem w moim życia pojawia się druga kobieta o kryształowym sercu. Ewelina Olender- mądra, dobra i piękna dziewczyna, która choruje na białaczkę zaoferowała mi swoją pomoc, choć sama jest w potrzebie. Jest zabawną, inteligentną i zaradną dziewczyną, która codziennie poświęca swój cenny czas, aby wspierać mnie w walce. Co łączy te niewiasty? Obie mają ogromne serce. Kobiety, których nigdy nie widziałam na oczy zdecydowały się mi pomóc i dały mi porządnego kopa do działania a swoją postawą pokazują mi jak bardzo można być oddanym drugiemu człowiekowi. Żadne egoizmy, żadne zniechęcenia nie zatrzymały tych cudownych kobiet. Poświęcają dla mnie swój czas, który mogłyby przecież spędzić ciekawiej, przyjemniej. To one założyły konto na Facebooku Misja RAKiJA, gdzie gromadzimy wokół siebie osoby, które chcą mnie wspierać. Są cichymi bohaterkami, które codziennie załatwiają dziesiątki spraw związanych ze zbiórką pieniędzy. Są bohaterkami, które sprawiają, że jestem pełna spokoju i wiary. Nie mogę doczekać się dnia naszego pierwszego spotkania, choć wiem, że nie byłabym w stanie tak bardzo ich wyściskać jak na to zasługują. Chciałabym być ich lustrem, chciałabym odbijać tak jak one światło.

fot.Paweł Gąsior
Napisał do mnie kolega ze studiów- Mateusz. On również dołożył swój promyk światła do mojego życia. Moro- bo tak na niego mówiliśmy na studiach- wpadł na pomysł, jak mi pomóc, nie mając żadnych środków finansowych, żeby to zrobić. Dnia pewnego napisał do mnie opowiadając mi o swoim pomyśle- genialnym w swojej prostocie. I zrobił to co zamierzał, nie ulegając zniechęceniu i nastrojom motywacji. Na allegro pojawiła się oferta w której Mateusz wystawił siebie na sprzedaż, a raczej nie tyle siebie co swój czas, a pieniądze za które byłby wylicytowany, w całości miały zostać przekazane na moje leczenie. Pomysł niezwykły i szalony. Zrobił to! Nie trzeba było czekać długo na efekty, cena rosła z dnia na dzień. Dzięki Mateuszowi i jego kreatywnemu pomysłowi na pomoc, informacja o aukcji, oraz o tym, że zbieram na leczenie, w mig rozeszła się w mediach. Licytacja czasu Mateusza zakończyła się kwotą 4050 zł a aukcję wygrało radio radio RMF FM To co zrobił dla mnie Moro było niezwykłe, nie tylko dlatego, że dzięki licytacji, którą stworzył udało się uzbierać tak dużą sumę i że dzięki niemu sprawa mojego leczenia poszła w eter. To co dla mnie zrobił było niezwyczajne również dlatego, że nie byliśmy w tak bliskiej relacji, żebym mogła spodziewać się, że zrobi dla mnie coś tak ważnego. Jednak dla niego brak wyraźnej zażyłości nie stanowił żadnej przeszkody, chciał mi pomóc, więc znalazł na to sposób. Jest fantastycznym facetem.

To nie wszyscy. Ludzi, którzy sprawili, że moja wiosna jest wiosną najpiękniejszą, jest o wiele więcej. Chciałabym ich wszystkich przedstawić tym, którzy nie wierzą w bezinteresowne dobro drugiego człowieka. A jeszcze bardziej chciałabym być kiedyś tą, która jest przedstawiana.

 Szerokim echem odbiła się w polskich mediach inicjatywna Mateusza. Rozdzwoniły się telefony, dostaliśmy wiele propozycji spotkań i wywiadów. Prasa, radio, telewizja… Nie jestem nieśmiała, ale to wyzwanie przewyższało moje zdolności panowania nad stresem. Na każdą propozycję wywiadu miałam ochotę odpowiedzieć „Nie dziękuję, nie jestem zainteresowana”, bo tak mi podpowiadały moje drżące kolana. Niestety- formułka wyuczona w dzieciństwie specjalnie na potrzeby rozmów z telemarketingowcami, w tym wypadku nie służyła mojej sprawie. Wiedziałam, że jeśli chcę uzbierać pieniądze na leczenie i rozstać się z Hodgkinem raz na zawsze, musi się o tym dowiedzieć jak najwięcej osób.

Dzwoni telefon, odchrząkuję przygotowana na odpowiedź „Tak, oczywiście, bardzo chętnie porozmawiam”.
- Hej, tu Wiola. 15 minut temu zmarła Iga.

Iga- spędziłam z nią ostatni pobyt w szpitalu. „Metalówa” ale bez czarnych, długich włosów. Bez jakichkolwiek. Młoda, energiczna i temperamentna babeczka. Była otwarta, rozmowna, pełna wiary w wyzdrowienie, zbyt wściekła na raka, żeby mógł sobie z nią fikać. Leżałam z nią tydzień, później zostałyśmy rozdzielone na izolatki, więc wisiałyśmy na telefonie. Samotnie wychowywała dzieci i świetnie sobie radziła. Na dodatek poznała wspaniałego mężczyznę, który opiekował się jej dzieciaczkami, kiedy ona spędzała tygodnie na droczeniu się z rakiem. Iga była taka ciepła i żywiołowa. Cieszyła się, bo miała całkowitą remisję choroby a na autoprzeszczep przyszła tylko po to, żeby zwycięsko zakończyć leczenie. Ona była wtedy tą, która miała lepiej. Chorowała na chłoniaka i wydawało się, że już go pokonała. Niestety- jakiś czas później dzwoniła do mnie, że ma wznowę, poszło na wątrobę i płuca. Znowu szpital i kolejne chemie. Jeszcze tydzień temu rozmawiałyśmy: płakała do telefonu, powiedziała, że jest źle i żebym się za nią modliła. Nie potrafię uwierzyć w to, że już jej tu nie ma i że więcej nie pogadamy.

Wchodzi do pokoju mama, słyszy moją rozmowę z Wiolą. Siada i ścierką kuchenną wyciera łzy. O Idze mówiłam jej wiele razy, razem się za nią modliłyśmy. Czuję się okropnie. Czuję się okropnie, a pogoda taka piękną i ludzie do mnie dzwonią radośni i z dobrym słowem. Czuję się okropnie a topola kwitnie i rzuca cień na wiarygodność istnienia smutku. Czuję się okropnie a do mikrofonu opowiadam o radości i walce.



Kochani, w dalszym ciągu pragnę prosić Was o pomoc. Mam ok 20% całej kwoty. Dziękuję wszystkim, którzy do tej pory mi pomogli, a dzięki którym bliżej mi do celu. Życzliwość krąży i jestem pewna, że pewnego dnia wróci do nadawcy :) Uruchomiłam PayPal’a. Choć jeszcze dobrze nie wiem, jak działa to ponoć chcącym zrobić przelew wystarczy mój mail: m.erm@vp.pl. W dalszym ciągu możecie pomóc mi wpłacając darowiznę na konto Fundacji Rak’n’Roll Wygraj Życie o numerze 93 1140 2017 0000 4402 1296 2443 z dopiskiem „Dla Marzeny Erm”.

Tymczasem ruszamy z aukcjami na Allegro! Rozpoczęliśmy licytacje charytatywne, z których cały dochód wesprze moje leczenie. Jest wiele ciekawych pozycji a będzie jeszcze więcej- kupujcie i udostępniajcie :) A może macie jakieś wartościowe rzeczy, które chcielibyście przekazać na aukcję? Rękodzieło? Nowa książką, którą kupilście, przeczytaliście a teraz marnuje się na półce? Jakieś inne pomysły? Jeśli tak, piszcie na adres misja.rakija@gmail.com, tam skontaktują się z Wami wspaniałe kobiety o kryształowych sercach :)